Witaj. System subrosa rozpoznał cię jako: gość   :: wróć na stronę główną.
Online
Obecnie jest 1 gość i 0 użytkowników online.

Możesz zalogować się lub zarejestrować nowe konto.
poniedziałek, 09 października 2006 - 15:22

Strona gotowa do druku
WH40k

1
Zenobiusz zbudził się jak zwykle zlany potem, jak zwykle z krzykiem i jak zwykle wypoczęty nie bardziej niż gdyby właśnie przebiegł dziesięć lig. Dziesięć lig po pustyni. Dziesięć lig po pustyni w wełnianej kufajce… Dziesięć lig po pustyni w wełnianej kufajce z fortepianem na plecach. Jednym słowem Zenobiusz był swym snem wycieńczony. Po raz tysięczny śnił mu się dzień, kiedy oficer dyżurny kanonierki „Wiatry Imperatora” zadał mu pytanie: „Poruczniku, otwiera się przed tobą droga wielkiej kariery, możesz się zdecydować na służbę szefa nasłuchu intergalaktycznego na stacji orbitalnej C-1236-54-21 lub dokonać swych dni jako zastępca Szefa Nasłuchu Szklankowego Mes i Kajut naszego okrętu. Wybór jest chyba oczywisty Poruczniku?”. Zenobiusz, któremu zupełnie zbrzydło już ślęczenie przy ścianach z uchem przytkniętym do szklanki i donoszenie Dowództwu o wszelkich przejawach niesubordynacji wykrytej tym sposobem wśród załogi, dostrzegł swoją wielką szansę na odmianę parszywego losu. Zgodził się natychmiast. Gdy już podpisał rozkaz dzienny mówiący o jego przeniesieniu i wspaniałym awansie, gdy spakował worek i przywdział tylko troszkę dziurawy mundur. Gdy udał się do hali teleportacyjnej i wyjrzał przez gigantyczny, ostro zwieńczony bulaj… gdy ujrzał stację orbitalną C-12365-54-21 za późno było na wycofanie się… Stacja wyglądała jak wielka kupa… Jakiś żartowniś umieścił na niej nawet ogromną rzeźbę przypominającą wyglądem muchę. „Na nieśmiertelną lewą nerkę Imperatora… Wpadłem w gówno” zdążył tylko pomyśleć, gdy promień teleportacyjny zdematerializował go atom po atomie, by ponownie poskładać do kupy (ależ znienawidził to słowo w ciągu nadchodzących lat) na pokładzie C-1236-54-21.

2
Jedna milisekunda upłynęła pomiedzy zniknięciem Zenobiusza z pokładu „Wiatrów Imperatora” a pojawieniem się na „Stolcu Imperatora”. Lekko przestraszony dostrzegł dwóch mężczyzn wpatrujących się w niego intensywnie. Nim zdążył cokolwiek powiedzieć, odezwał się jeden z nich, wysoki i siwy oficer, na którego twarzy z niewiadomych przyczyn pojawił się grymas wielkiego zawodu:
- Zaklinam cię. Powiedz że jesteś brzydką, wąsatą kobietą bez cycków. Proszę… błagam. Powiedz to!
Skonfundowany Zenobiusz nie zdołał wydobyć z gardła żadnego dźwięku.
- Eeee… to chłop – zaskrzeczał metalicznym głosem cyborga, drugi z obecnych.
Usta siwego oficera wygięły się w komiczną, dziecinną podkówkę.
- Pierdolę to – wyrzucił z siebie nagle, odwrócił na pięcie i zaczął oddalać szybkim, nerwowym krokiem – trzy lata bez baby… Żeby to chuj z jasnego nieba… jak by nie mogli przysłać jakiejś ślicznej osiemnastki… kacapy jebane… nie… kurwa… Na chuj mi chłop? Czy oni myślą że ja jestem jakimś tęczowym mjuzik-boxem?
Zenobiusz całkowicie stracił rezon. Mocniej ścisnął worek i lękliwie spojrzał na cyborga. Mechaniczniak zamrugał lunetkami i wyciągnął w jego kierunku, chyba na powitanie, prawy wysięgnik.
- Witaj. Jestem Atomatycjusz Trybiszewski, Adept Mechaniczny Siódmej Kategorii.
Zenobiusz uścisnął niepewnie kawałek metalu.
- Na pokładzie C-1236-54-21 pełnię funkcję Pierwszego Inżyniera. Co prawda jestem jedynym inżynierem na pokładzie, ale Pierwszy Inżynier brzmi lepiej, i lepiej będzie wyglądał w CV. Człowiek, któremu wyrządziłeś swą płcią tak wielki zawód to kapitan Cunnilingus Interruptus, swój chłop, możesz mi wierzyć. Jak już przełknie gorzką pigułkę myśli o kolejnym okresie przymusowego celibatu i zacznie się do ciebie odzywać, na bank go polubisz. A ty jesteś naszym nowym nasłuchowcem, tak? Głupie pytanie. Jasne że nim jesteś. Pozwól że pokażę ci drogę do twojej kwatery. Jeśli masz jakieś pytania, to wal. Z chęcią odpowiem. Z drugiej strony, spędzimy ze sobą trochę czasu, więc zostaw sobie jakieś pytania na później. Bo jak już wszystkie zadasz to się będziemy nudzić! – spomiędzy blaszanych warg Automatycjusza wydobył się zgrzytliwy dźwięk – Nie bój się, to był śmiech! – cyborg ponownie zazgrzytał, tym razem głośniej, do tego postukał wysięgnikiem w odpowiednik uda, w geście wielkiego rozbawienia.

3
Stacja orbitalna C-12365-54-21 zawieszona w intergalaktycznej pustce na skrzyżowaniu przysłowiowego Zadupia z równie przysłowiowym Do Nikąd powstała, zdaniem Zenobiusza, tylko po to by wykonać w stu procentach normę pięciolatki inwigilacyjnej. Nie była do niczego potrzebna, niczego nie strzegła, nie nasłuchiwała żadnych istotnych sygnałów. Dodatkowo jej budowę objęła, po wygraniu przetargu ma się rozumieć, firma konstruktorska specjalizująca się w tworzeniu gargantuicznych kosmicznych rzeźb. Jak się okazało, firma ta przez lata wytwarzała okolicznościowe, podnoszące ducha imperialnych poddanych, symbole Imperialnego Kultu. Po wygraniu przetargu, miast wziąć się do budowy, przyholowała po prostu rzeźbę przedstawiającą „Ostatni Stolec Imperatora”, której to rzeźby nie odebrał jej zamawiający, gdyż jak stwierdził „na świętym kale Imperatora Oby Wiecznie Dogorywał, mucha nie siada… a tutaj ooo… tutaj…. siedzi….”. Wnętrze rzeźby naprędce przystosowano do pomieszczenia standardowych segmentów socjalnych i nasłuchowych. Potem cichcem chyłkiem wciśnięto Inspektorowi Nadzoru jakiś „upominek” w szeleszczącej kopercie by podpisał kosztorys powykonawczy, w którym czarno na białym stało że obiekt wykonano z platyny oraz protokół odbioru z którego wynikało że oddano go do użytku na miesiąc przed przystąpieniem do robót.
Zenobiusz dowiedział się również, że jego poprzednik okazał się być krypto-koprofilem, dokonywał przekupstw i mataczył by tylko dostać przydział na C-12365-54-21. Gdy już znalazł się na pokładzie, miast przykładnie nasłuchiwać, zamykał się na całe dnie w swojej kajucie, gdzie oddawał się Imperator tylko wie, jakim praktykom, stękał przy tym i rzęził aż w końcu się przekręcił.
- Wykopyrtnął się z ekstazy – filozoficznie rzecz komentował Automatycjusz – tak go podjarało to, że jest „w kupie”, że aż mu żyłka pękła ze szczęścia
- Eeeee, pierdolisz – uprzejmym głosem odzywał się w takich razach Cunnilingus – koniucha na śmierć wytrzaskał, zamęczył małpiszona, ekstraordynaryjnie wyeksploatował aligatora, walił, międlił i tarmosił tak długo, aż mu poziom cukru we krwi spadł niemal do zera, co doprowadziło do śmierci mózgowej…. taka jego mać obsrana….

4
Dla zabicia czasu Zenobiusz przykładnie wypełniał swe obowiązki i nasłuchiwał, choć nie było czego. Co rano (a właściwie o 6.00 czasu pokładowego) zrywał się z krzykiem, zlany potem ze swej pryczy (po kolejnej sennej projekcji rozmowy na „Wiatrach Imperatora”, którą w snach również kończył radosnym potakiwaniem, co doprowadzało go do szewskiej pasji i frustracji). Następnie robił sobie kawę, starając się nie myśleć o tym, że właśnie po raz trzysetny pije własne siki przefiltrowane i oczyszczone przez aparaturę hydratacyjną. Po czym z puszką mielonki, pamiętającą czasy kiedy wszechświat był młody a Bóg miał krótką czarną brodę, udawał się w kierunku nasłuchowni. Po drodze mijał drzwi kajuty Cunnilingusa, zza których za każdym razem dobiegało go pochrapywanie, oraz ciche przez sen wypowiadane urywki zdań typu: „aaaaaleee balony… ooooo mateczko…. aaleee donice….” lub: „taaaa… tutaj dobrze… taaaa”. Żadnych innych drzwi, za którymi ktoś by przebywał nie było. Automatycjusz, jak każdy osobnik zcyborgizowany w więcej niż 90% sypiał na stojąco w czasie wykonywania prostych czynności, po prostu za pomocą kilku dobrze wycelowanych impulsów elektrycznych wyłączał swą jedyną biologiczną półkulę mózgową i zapadał w stan somnambulicznego odrętwienia, nie przeszkadzającego dokręcać śrubek lub spawać. Innych ludzi na pokładzie C-12365-54-21 nie było. Opuściwszy sektor socjalny wąskim, ciemnym korytarzem Zenobiusz przedostawał się do Sekcji Inwigilacyjnej, sporego pomieszczenia nafaszerowanego wielkimi szafami, wyposażonymi w niewyobrażalne wręcz ilości lampek, lampeczek, żaróweczek i światełek, mrugających bezustannie i mieniących się wszystkimi kolorami tęczy. Nieopodal przy ścianie, mieściło się jego miejsce pracy (a właściwie zesłania, więzienia i katorgi, jak zaczął postrzegać swą sytuację). Małe biurko, na którym spoczywały ogromne słuchawki, połączone grubym pękiem kabli z szafami. W zasięgu ręki Zenobiusza siedzącego przy biurku ze słuchawkami na uszach, było również kilka pokręteł i potencjometrów. Gdy nimi manipulował, legion niewidocznych anten i próbników rozmieszczonych na całej powierzchni stacji, zmieniał swą pozycję pozwalając mu podsłuchiwać w każdym wymarzonym kierunku. W rzeczy samej istota pracy Zenobiusza nie zmieniła się, tylko szklanka przeszła metamorfozę. Początkowo podsłuchiwał na chybił trafił, najbliższe planety, szlaki komunikacyjne, przeczesywał przypadkowe częstotliwości fal nadświetlnych. Czasem udało mu się złapać zasięg do jakiegoś zbłąkanego frachtowca, mógł wtedy podsłuchać odgłosów normalności: lamentowania batożonych w maszynowni niewolników, stękania chłopca okrętowego gwałconego przez bosmana lub mruczenia starszego bosman-mata gwałconego przez kapitana. Aż łza kręciła mu się w oku, na myśl o tych drobnych szczegółach życia w wielkiej rodzinie, jaką jest Imperialna Flota, na które przez tyle lat nie zwracał uwagi, a które stały się dlań nagle drogocenne i cudownie kojące. Po pewnym czasie, gdy skakanie z fali na falę bez żadnego planu przestało mu się podobać, opracował prosty grafik nasłuchów. W dni parzyste – planety, w dni nieparzyste – statki. W parzyste tygodnie – azymut 0, w nieparzyste – azymut 180. Jak miał sraczkę – fale nadświetlne, jak jej nie miał – podświetlne. Sektor ćwierćsfery nasłuchu wzdłużnego wybierał według ilości pryszczy na lewym półdupku, pozycję głównego wzmacniacza fali ustalał zaś podług natężenia „dupczycielskich podtekstów” w wypowiedziach kapitana Cunnilingusa w pierwszej półgodzinie po jego przebudzeniu… System działał idealnie…
Aż nadszedł dzień, w którym system Zenobiusza zadziałał aż za dobrze.

5
Obudził się jak zwykle z krzykiem. Dokonał ablucji i defekacji. Inspekcja zawartości kibla dała mu pierwszą współrzędną, którą skrupulatnie zanotował na druku własnej produkcji.
- Nad-świetl-ne… hmmm - przesylabizował
Popijając szczy-kawę rzucił okiem na kalendarz okraszony zdjęciem Miss Cadia 40143 (która pomimo ciężkiego hełmu na głowie, plazmowego karabinu przerzuconego zalotnie przez ramię i protezy lewej nogi była całkiem całkiem…) i uzupełnił kolejne rubryczki.
- Statki, azymut 180.
Przy użyciu lusterka uzyskał dane niezbędne do określenia ćwierćsfery.
- Cztery eeee pięć eeee sześć – podciągnął służbowe slipy – no to jedziemy dziś prostopadle do płaszczyzny ekliptyki z ćwierćsfery µα-3.
Wiedząc, że ma jeszcze dobry kwadrans, nim Cunnilingus wygrzebie się z wyra, nieśpiesznie wciągnął na siebie mundur i pogwizdując ruszył do nasłuchowni. Na miejscu wpadł na lutującego jakieś kabelki Automatycjusza.
- Cześć Mistrzu – przywitał cyborga
- Napijesz etylu? – bez ceregieli zaproponował Mechanik
- Tak z rana od razu? – zupełnie nieszczerze zamarkował wahanie Zenobiusz
- Nooo… Bo ja bym napił… Po WD40 strasznie mnie na drugi dzień ciora. Klina musze wbić.
- No to w ostateczności polej. Ale robię to tylko dla ciebie. Rozumiesz, poświęcam się w imię twego dobrego samopoczucia, rujnując swój młody organizm. Judaszu.
- Nie pierdol, tylko kolejkę odblokuj – Cunnilingus wszedł zamaszyście do pomieszczenia i od progu dał wyraz szczerej chęci pozbawienia się w jak najkrótszym czasie świadomości – Muszę się szybko zachlać… żeby zapomnieć sen… bo mi się śniła moja instruktorka chłostania z obozu Aktywu Młodzieżówki Inkwizycyjnej… co to była za samica, no normalnie lodziara jak ta lala, a ja młody byłem, nieśmiały, coś tam za cycka łapałem jak jakiś głupek, a rwać można było jak młode wiśnie.
- Raz, dwa – liczył bezgłośnie Zenobiusz, przełykając ostry jak żyletka płyn.
Podał kubek kapitanowi, Automatycjusz napełnił go po brzeg, uzyskując menisk wypukły.
- Panowie – oświadczył poważnie Cunnilingus – powiadam wam – kubek przechylił się płynnie wsparty o wargi oficera – a wiecie że moje słowo kamieniem stoi –ostatnia wypowiedź została dokonana na wdechu, gdyż kapitan spazmatycznie łapał powietrze – że normalnie bym coś wydupczył.
- Tak, tak… - potwierdził Automatycjusz, kiwając ze zgrzytem głową – albo dokręcił….
Słowa cyborga przypomniały Zenobiuszowi rozmowę z Cunnilingusem, w której zachlany w trupa kapitan, opowiedział mu historię pewnego epizodu z życia Inżyniera. Jak każdy Adept Mechaniczny, Automatycjusz pragnął zcyborgizować w swym ciele wszystko poza kilkoma najniezbędniejszymi do funkcjonowania fragmentami. Większość Adeptów pozostawiała sobie jedną półkulę mózgu, wątrobę (żeby czymś trawić alkohol odpowiedzialny za otumanianie wyżej wzmiankowanej półkuli) no i narzędzie, którego mechanicznym nijak nie dało się zastąpić. Automatycjusz, któremu do osiągnięcia standardowego poziomu cyborgizacji brakowało już tylko jednego zabiegu, pewnego dnia poszedł po bandzie z metanolem i w stanie dokumentnego zaprucia udał się do najbliższego studia cyborgizacyjnego. Jakież było zdziwienie jego kompanów, gdy po kilkunastu minutach ukazał się im ich druh z wiszącym z rozporka kluczem imbusowym numer 11… oraz z organicznym uchem. Dlaczego zdecydował się na tak niestandardowe rozwiązanie i dlaczego wybrał akurat imbusową 11, skoro miał do wyboru kilka o wiele pokaźniejszych modeli, nigdy nikt się nie dowiedział, niemniej jednak od tego dnia wypowiedzi Automatycjusza zawierające zwrot „dokręcił bym” stały się dwuznaczne.
Po trzydziestu minutach Zenobiusz miał już wystarczającą ilość danych by rozpocząć nasłuch. Miał również nieźle w czubie.
Wprawnie manipulując pokrętłami, gałkami i potencjometrami ustawił „zaplanowany” kierunek nasłuchu. Nałożył słuchawki. Przymknął oczy. Szum. Biały Szum. Stereofoniczny szelest zawierający w sobie kwintesencję nieskończonego spokoju i monotonii kosmicznej pustki. Biały Szum uspokajał skuteczniej niż garść prozacu. Zenobiusz zaczął się zapadać w głąb swojego opustoszałego nagle umysłu… Nagle usłyszał rytmiczny stukot. Wyrwany niespodziewanie z narkotycznego odrętwienia skupił się na dochodzących go odgłosach. Stukot i niskie buczenie potężnych silników fotonowych. Jego nagle wyprostowana w fotelu sylwetka przyciągnęła uwagę obu pozostałych załogantów stacji nasłuchowej. Obaj podeszli bliżej i przypatrywali się mu badawczo. Zenobiusz zsunął jedną ze słuchawek.
- Czy mamy informację o jakiejś wojnie, krucjacie bądź treningu mającym miejsce w promieniu 2 lat świetlnych od nas?
Cunnilingus zaczął wertować księgę meldunkową, po czym pokręcił przecząco głową.
- No to mam tu nieautoryzowany przelot krążownika… – ponownie założył drugą słuchawkę i wytężył słuch: wysokie głosy, modlitwy, suche trzaski biczowania – krążownika Inkwizycji, z przynajmniej 2 kompaniami bojowych siostrzyczek na pokładzie.
Pośpiesznie zaczął nanosić informacje o pozycji statku na uaktywniony przez Automatycjusza holo-log kwadrantu.
- Eeee – żachnął się kapitan – Inkwizycji wolno wszystko. Ale żal tych wszystkich biednych dziewic, ledwie 2 lata świetlne ode mnie. Uuuuu…
- A to co? – Zenobiusz mówił sam do siebie. W tle odgłosów dochodzących z krążownika Inkwizycji usłyszał jeszcze jeden silnik. Skalibrował anteny, zawęził promień nasłuchu. Zaczął nanosić na pulsujący holo-log kolejne współrzędne. – Niech mnie Mroczny Jankiel wypierdoli jeśli to nie klasa Styx. Zaraz będzie dym jak się z Inkwizycyjnym wezmą za łby. – zamiast spodziewanych odgłosów ładowania torped fotonowych do wyrzutni, dochodziły go tylko odgłosy musztry i warkot silników. Wielu silników pojazdów pancernych – Żelazne Wojowniki – wymruczał cicho.
W ciągu następnych kilkunastu minut Cunnilingus i Automatycjusz z niekrytą konsternacją przyglądali się jak sześcian holo-logu zapełnia się kolejnymi punktami opisywanymi drżącą ręką Zenobiusza:
„Klasa Acheron. Łopot skrzydeł. Legion Alfa?”
„Barka bitewna. Okrzyki „krwi, krwi” z czystym baalański akcentem. Krwawe Anioły na bank”
„Jeszcze jeden chaotyczny klasy Rzeźnicki Tasak. Cicho na nim jak w grobie”
Nim dokonał kolejnego wpisu Zenobiusz zdarł słuchawki z głowy jak oparzony. Spojrzał z przerażeniem w oczach na towarzyszy i dokończył zapis:
„W pustce Tchnienie wiecznie głodne. Tyranidzi”
- Co jest u kurwy nędzy! – Cunnilingus zaczął obracać holo-log przyglądając się dokładnie całej sytuacji. Zenobiusz przyssał się natomiast do pozostawionej przez Mechanika bezpańskiej flaszki etylu. – Oni wszyscy idą kursem spotkaniowym. Powariowali czy co? Odległość idealna do otwarcia ognia. A oni idą kursem spotkaniowym. Automatycjuszu, wylicz, w którym miejscu przestrzeni przetną się ich kursy.
Inżynier podpiął się szybko do holo-logu. Każdy z punkcików wizualizowanych przez holo wypuścił przed siebie lśniącą nitkę symulacji kursu. Nitki przecięły się na skraju hologramu.
- Co tam jest u diabła?
Automatycjusz dotknął niewidocznego manipulatora. W miejscu przecięcia nitek pojawiła się mała planeta.
- E-215, stara planeta przemysłowa. Wyeksploatowana i porzucona wieki temu – wyrecytował - Taki kosmiczny gliniok.
- Co to jest „naks”? – zapytał nagle Zenobiusz
- Że co?
- Co to, kurwa, jest „naks”??
- Bladego pojęcia nie mam, a czemu pytasz?
- Na moment przed zagłuszeniem sygnału przez tyranidzką jaźń, ze wszystkich statków, na ultrakrótkich falach nadano komunikat „Czej naks”… Co to kurwa jest ten „naks”?
W nasłuchowni nagle zrobiło się lodowato i jakby mroczno. Załoga stacji orbitalnej C-1236-54-21 zaczęła truchleć.


Komentarze

Elmin
10-10-2006 - 11:17
High Librarian

Ibsen, jesteś świrem! :D

Verbal
10-10-2006 - 14:48

A znasz jakiegoś innego "nie świra" który zajmuje się figurkami??

brother_bethor
10-10-2006 - 17:11

Na Imperatora, co za grafomania! Ale mimo wszystko fajne :D

Slaw
11-10-2006 - 07:51
Grafomania?
No dobrze, może jest w tym trochę grafomanii, ale za to jak niesamowicie podnosi miodność zabawy. Poza tym nie można do tej gry podchodzić za bardzo na serio, bo wtedy okazuje się jaka jest infantylna. Brrrrr....

Mam nadzieję, że znajdę trochę czasu i wrzucę tu swój narracyjny wstępniak do tej samej kampanii.

Pozdrawiam
=][= Slaw von Hase =][=
Verbal
11-10-2006 - 08:19
A ja nie widzę ni odrobiny grafomanii w tym tekście
Po prawdzie to trza by wrzucić resztę tekstów do tej kampanii, żeby zamknąć całość ;) ... wtedy będzie dopiero krzyk, że grafomania i w ogóle :D
ES
11-10-2006 - 08:24

Przyznaję, że ja też nie widzę w tym grafomanii. Przeciwnie, uważam, że to tekst rewelacyjny, z kolosalną dawką humoru. Ale wiadomo jak jest - de gustibus... :)

brother_bethor
11-10-2006 - 10:30

No co Wy? Na żartach się nie znacie? ;) Co jak co, ale humoru tu nie brak.

Ardis_deLeveren
11-10-2006 - 21:39

Boskieeee... :D Po prostu boskieee... :D Kocham takie teksty. :D

madprofesa
20-10-2006 - 16:55

Chyba najsmieszniejszy tekst jaki czytałem na tej stronie do tej pory. Klimat prawie jak z filmów Bareji...tylko troszkę bardziej pojechany, tylko troszkę :)

ibsen
20-10-2006 - 17:15

Bo w życiu to z grubsza chodzi o to żeby się dużo śmiać i być wesołym, a że czasem wcale nie jest śmiesznie więc trzeba sobie w uzyskaniu stanu wesołości pomagać. ;-)

Uldor
17-11-2006 - 16:11
Co to jest Czej Naks?

Tekst genialny, mimo, że w jego odbiorze przeszkadza mi pewna wątpiliwość... o co chodzi z Czej Naksem?

Pozdrawiam,

Uldor

www.40k.pl

Saminius
10-02-2007 - 14:10
hahaha Uśmiałęm się przy tym straszliwie :) Na Imperatora ! Dobre ! :D