Witaj. System subrosa rozpoznał cię jako: gość   :: wróć na stronę główną.
Online
Obecnie jest 1 gość i 0 użytkowników online.

Możesz zalogować się lub zarejestrować nowe konto.
poniedziałek, 29 września 2008 - 12:20

Strona gotowa do druku
Pasje

W co się bawić...

...kiedy na karku rodzina, praca i cała reszta spraw przynależnych wiekowi, który każe innym zaliczać nas do dorosłych? Nie tylko zresztą każe innym – wszystkie te rzeczy codziennie przypominają nam samym, że jesteśmy już częścią nie całkiem magicznego świata Ludzi Poważnych i Statecznych. Może więc pytanie tytułowe winno brzmieć: czy (mogę) się bawić? Pozwolę sobie pominąć w tym miejscu rozważania, w co w ogóle można się bawić będąc dorosłym (a możliwości jest wiele...) i przystąpię do sedna niniejszego tekstu.

Ogólna odpowiedź na pytanie zawarte w tytule jest (dla mnie) oczywista – należy bawić się w granie. Granie w bitewniaki, planszówki (Arkham Horror! Superfarmer!), a niechby i (dobre) karcianki. W tej chwili (trwającej jakieś 12 lat) mam fazę na suwanie chłopków, więc spróbuję tu w sposób efektownie rozwlekły i przemyślnie zagmatwany przedstawić, dlaczego grywam w te, a nie inne gry bitewne, jak również sterty różnorakich innych płodów chwil mej zadumy. Dla większości Czytelników raczej nie będą to rzeczy odkrywcze, a może inaczej – będą to rzeczy znane z autopsji. Zanim więc ktoś zapyta: po co ten artykuł, odpowiadam już teraz: bo na tej stronie ideą jest publikowanie wszystkiego, na co Redakcja ma ochotę. A ja mam ochotę na taki właśnie tekst, taką małą ekspiację, figurkowy ekshibicjonizm. Zapewne ma to ścisły związek z aktualnym poziomem figurkofiliny w mojej krwi, to jednak temat na osobne opracowanie.

[dygresja]

Rynek gier bitewnych w Polsce jaki jest – każdy widzi. Firma Games Workshop rządzi i dzieli (a i podwyższa co czas jakiś), zaś inni producenci tak gier, jak i figurek próbują, z mniejszym lub większym powodzeniem, wykroić sobie kawałek... może nie tortu... kawałek drożdżaka dla siebie. Przeprowadzane co jakiś czas przez GW zabiegi dostrajania cen (tzw. pricing adjustment) są na tyle widowiskowe (1), że niezmiennie stwarzają szansę owym innym producentom na zwiększenie ich udziałów w drożdżaku (2).

Dla jasności: nie mam żadnego interesu w tym, by GW miało jakiekolwiek kłopoty, przeciwnie; chciałbym bardzo, by firma istniała i rozwijała się, wypuszczając wciąż nowe śliczności, które będę mógł nabywać z błogą myślą, że kiedyś je pomaluję, a może nawet nimi zagram. Z ostatnich raportów finansowych wynika jednak, że firma wciąż odnotowuje mniejsze lub większe kłopoty ze sprzedażą. W tej sytuacji strategia zwiększania dochodów poprzez podwyżki cen (i tak już odbieranych jako wygórowane) jawi się dość... niezrozumiale. Tego rodzaju posunięcia sprawiają, że poddaję w wątpliwość spotykane często tu i ówdzie zarzuty, iż GW przestała być firmą "graczy dla graczy", a zaczęła być wyłącznie kombajnem do forsy. Skąd te wątpliwości? Trudno mi uwierzyć, że manewry z podwyżkami cen dla zwiększenia sprzedaży wymyślił zimny, krwiożerczy kapitalista – bo kapitalista umiałby przewidzieć ekonomiczne konsekwencje takich posunięć. Za to wydaje mi się całkiem prawdopodobne, że manewr ten wymyślił hobbysta, w przerwach w malowaniu kolejnej armii parający się marketingiem...

Ale dość uszczypliwych domysłów. Podsumowując wątek podwyżek cen: wydaje mi się, że GW zwiększa sprzedaż, ale zwiększa symbolicznie, raczej sporo mniej od zakładanego poziomu, za to stale zwiększa się grupa graczy zmuszonych do rezygnacji z nabywania produktów GW – zarówno tych, którzy rezygnują z dalszych zakupów i poprzestają na tym, co już zebrali, jak i przede wszystkim tych, którzy dopiero planują rozpoczęcie przygody z grami bitewnymi. Przynajmniej część każdej z tych grup sięga po gry i modele innych producentów, bo głód grania u prawdziwego figurkofilika jest zbyt silny, by z dnia na dzień przejść nad nim do porządku dziennego. Na krótką metę pomóc mogą tu akcje takie jak np. Assault o­n the Black Reach – wuchta figur za bezcen (bezcen w porównaniu do cen regularnych zestawów). Zebranie sensownej armii SM zapewne nigdy nie było tak tanie jak teraz, jednak inne armie to już inna, znana od lat śpiewka (3).

[koniec dygresji]

Oprócz zatem oczywistych kryteriów wyboru, takich jak miodność figur czy grywalność zasad (4), podstawowe znaczenie zaczyna mieć w tym momencie odpowiedź na pytanie: "czy będę miał z kim w to grać?".

Na gruncie własnego doświadczenia mogę stwierdzić, że kiedy wchodzi się w nowy system (bitewny, karciany etc. – niesamowite uczucie!), wystarcza grupka znajomych zainteresowanych wspólnym pogrywaniem. Wystarczy zrzucić się na podstawkę wybranej gry, potem stopniowo rozbudowywać armie, tocząc nimi w zaciszu domowym najpierw bitwy, potem kampanie, a jeszcze później... Później przychodzi taka chwila, kiedy zna się armie znajomych na wylot, co daje możliwość przewidzenia ze sporym prawdopodobieństwem wyniku każdego starcia, a w rezultacie budzi albo nudę, albo chęć na więcej. Osiągnięcie punktu nudy jest dziś na szczęście o wiele trudniejsze, gdyż znalezienie nowych osób do gry nie nastręcza już takich problemów jak erze przedinternetowej. Istnieją sklepy i kluby, funkcjonują fora – dzięki czemu łatwiej się odnaleźć wśród tłumu. Co ciekawe, punkt nudy jest również trudniejszy do osiągnięcia wraz z wiekiem (na szczęście!), z tej prostej przyczyny, że po wejściu w dorosłość nie da się poświęcić hobby tyle uwagi, ile w czasach szkolnych czy podczas studiów. Czasami ta niemożność prowadzi do zaniku zainteresowania hobby, co głównie smuci naszych znajomych graczy, tracących wypróbowanego przeciwnika (smuci oczywiście wówczas, gdy nie jesteśmy wcieleniem łorstplejera). Jeśli zaś chodzi o chęć na więcej, to w skrajnych przypadkach nadmierne pofolgowanie chęci na więcej paradoksalnie może prowadzić do szybkiego osiągnięcia punktu nudy, gdyż jak wiadomo, każdego konia można zajeździć. Objawy takiego przesycenia można czasem zaobserwować u graczy sporo grających, a zwłaszcza tych zaliczających dużą liczbę turniejów. Po jakimś czasie do ich relacji zaczyna przebijać się znudzenie powtarzalnością rozpisek, narzekanie na małe urozmaicenie scenariuszy itp.

Wracając jednak do problemu "z kim grać" – i wiążąc go z poprzednim – układem na rynku – wypada stwierdzić, że mimo kontrowersyjnych posunięć producenta systemy sygnowane przez GW wciąż stanowią atrakcyjną ofertę, właśnie ze względu na liczbę potencjalnych przeciwników. Lata prawie-że-monopolu zrobiły swoje i w tej chwili, jeśli ktoś chce zacząć grać i mieć pewność, że będzie z kim (a nie ma kilku znajomych gotowych na coś nowego) - zdecyduje się na WFB lub 40k, a także (wciąż jeszcze) na LOTRa.

[i znów dygresja]

Na szczęście coraz bardziej zaznaczają swoją obecność systemy do niedawna znane tylko z opisów w sieci – Warmachine/Hordes, Infinity, Warlord, Starship Troopers (RIP). Nie poddają się pionierzy bitewniaków w języku polskim, Warzone i Chronopia, mimo ciężkich doświadczeń wynikających z tradycyjnego już upadku kolejnego producenta. Początkowy impet wytraciła Konfrontacja, zapowiadana swego czasu jako konkurencja dla WFB. Swego czasu niezłą pozycję zdołał wywalczyć sobie Mein Panzer; choć to system historyczny, to jak się okazało, stanowił dość atrakcyjną alternatywę także dla graczy preferujących systemy fantastyczne. Obecnie pośród systemów historycznych zwolenników stale zyskują DBA, Flames of War czy Fields of Glory. Większość tych systemów posiada ważną zaletę: można je kupić w polskich sklepach stacjonarnych, a przynajmniej u polskich dystrybutorów. Wbrew pozorom bowiem wsparcie na lokalnym rynku ma bardzo duże znaczenie. Sama możliwość ściągnięcia zasad i zakupienia modeli przez sieć nie wypromuje bowiem żadnego systemu na tyle, by zainteresowała się nim większa liczba potencjalnych graczy – na tyle duża, by zarazić następnych. Gdyby było inaczej, dawno gralibyśmy w przeróżne systemy istniejące z powodzeniem na świecie, dostępne bez problemu - dla posiadaczy kart kredytowych. Szczególnie jaskrawym przykładem mogą być tutaj systemy należące obecnie do działu Specialist Games w GW – Mordheim, Necromunda, Battlefleet Gothic czy Epic, o pozostałych nawet nie wspominając. Dopóki modele do tych gier były do nabycia w sklepach stacjonarnych, gry w widoczny sposób istniały, miały całkiem spore grono zwolenników. Przesunięcie modeli do działu Mail Order spowodowało zgon tych systemów, może poza Mordheimem, który zdołał się utrzymać głównie dzięki łatwości zastępowania oryginalnych modeli mordheimowych band zamiennikami z linii WFB (oraz dzięki oddanym fanom, rzecz jasna).

[koniec dygresji]

W tym miejscu wypada mi zauważyć, że wraz z wiekiem zazwyczaj zmienia się również potrzeba odczuwalnego wsparcia wybranego systemu przez producenta czy dystrybutora. Historia zatacza koło: upraszczając można przyjąć, że początkującemu wystarcza zrazu grono znajomych, następnie gracz wypływa na szerokie wody poszukując nowych wyzwań, a po przekroczeniu progu dorosłości najczęściej stwierdza, że najlepiej mu się gra w określonym gronie, w określonych warunkach – i oczywiście w ramach dostępnego czasu. Kolejne zmiany edycji stają się mniej ważne, zaczynają bawić rzeczy mniej skuteczne, lecz za to piękniejsze, wreszcie nawet przypadkowy zgon systemu nie przeszkadza, jeśli ma się swoją wypróbowaną ekipę (5). Rozważając zmiany podejścia do hobby bitewniakowego występujące wraz z upływem czasu trzeba jednak wziąć pod uwagę, że jeśli za młodu wrosło się w określony system, to z reguły sentyment do niego pozostanie na zawsze. W moim przypadku jest tak z Warzone – system od dawna leżący na półce, lecz wciąż będący ważnym punktem odniesienia jako ten, na którym wyrobiłem sobie większość przyzwyczajeń gracza.



Strona << | 1 | 2 | >>

Komentarze

ibsen
29-09-2008 - 12:37

Bardzo ładna analiza, szczegółowa i choć wysoce osobista, to łatwa do przetransponowania na doświadczenia niemal każdego hobbysty, któremu trzeci krzyżyk albo zaraz stuknie albo stuknął juz jakiś czas temu. W sumie nic dodać nic ująć. Fajowy tekst.

Morkai
30-09-2008 - 09:39

Świetny tekst. i bardzo dobrze uaktualniony Piotrze! Wcale nie bez takiej myśli przewodniej. Ładnie przedstawia ogólne przemyślenia na temat grania w ogólę. Oczywiście jest to Twój subiektywny punkt widzenia, ale założę się że typu "schemat rozwoju" wystepuje u nas wszystkich....

Jedyne czego nie mam to tego sentymentu do gier "za młodu"...WHFB to totalna porażka, a grałem w zasadzie w niego na początku... Temat dla mnie absolutnie zamkniety i bez powrotu w jakijkolwiek formie - łącznie WHFB Online (a zwłaszcza w tej formie ;) )

Slaw
30-09-2008 - 10:57

Miło przeczytać, że nasze hobbystyczne ścieżki są do siebie zbliżone. Chociaż ciężko zaakceptować fakt, że jest się już tym Statecznym i Ułożonym. Jakoś mi to do siebie nie pasuje, jakkolwiek wydawałoby by się to dziwne. Szkoda tylko, że nie mieszkamy trochę bliżej, tak żeby można było w piątek po pracy wyskoczyć do Barda a potem na piwko. Dzięki ESie za miło porcję przemyśleń i refleksji. S.

ibsen
30-09-2008 - 11:35

A ja nie jestem ani stateczny ani ułożony :-).

Są na tym świecie czynniki ludzkie, wg których jestem cyt: nieodpowiedzialnym lekkoduchem. Ergo, jesteś tym czym chcesz być i postrzegają cię tak jak chcesz by cię postrzegano. ;-)

Ardis_deLeveren
08-10-2008 - 23:16

Tekst przeczytałem już dawno, ale długo nie mogłem się zebrać do skomentowania. Nie chciałem bowiem komentować na szybko i po łebkach, jestem bowiem zdania, że ten artykuł zasługuje na trochę głębsze zastanowienie się...

Jestem co prawda jeszcze trochę za młody, żeby móc spojrzeć na "drogę figurkofila" z takiej perspektywy, ale obserwuję u siebie objawy etapów 1 i 2 - zabaw w wąskim gronie, i teraz potrzeby wypływania na szersze wody. Przypuszczam więc, że moja przypadłość rozwija się w sposób dość typowy. ;) Nie mogę się tylko zgodzić ze stwierdzeniem o ludziach dorosłych. Myślę, że to jest raczej kwestia stażu w grze, a nie takiej czy innej dojrzałości.

Stwierdzeniem natomiast, pod którym podpisuję się wszystkimi czterema nogami... Znaczy, kończynami (pff, wydało się), jest to, że cała część modelarska - nie tylko malowanie, ale i składanie, dłubanie, w ogóle wszelkiego rodzaju kombinowanie z figurkami jest pełnoprawną i jak najbardziej satysfakcjonującą częścią hobby. Od jakiegoś czasu odczuwam to na własnej skórze. ;)

brother_bethor
09-10-2008 - 11:31

Masz rację ESie. Doświadczenia większości zarażonych figurkofilią są dość podobne a przynajmniej moje są trochę podobne :). Być może ma na to wpływ podobny charakter i wrażliwość?

madprofesa
09-10-2008 - 17:08

Że tekst fajny to już wiadomo inie trzeba nic dodawać. Ja tylko chciałbym nawiązać do tego co Es na początku tekstu napisał, mianowicie - gier planszowych.

Nie wiedziałem, że szacowne grono para się też takimi gatunkami rozrywki ale teraz już wiem i mnie to cieszy tym bardziej, że od jakiegoś czasu z kolegą pracujemy nad grą planszową i śmiem stwierdzić, że tworzenie nawet prostej gierki daje bardzo dużo radości, może nawet więcej niż granie w inne zaawansowane systemy.

Tak wogóle to myślę, że jakby ekipa z Subrosy zasiadła do tworzenia jakiejś gry, czy to planszowej czy rpg'a to wysmażyła by coś takiego, że kolesiom z GW kapcie by pospadały i ziemniaki skisły w piwnicy czy coś tam...