Witaj. System subrosa rozpoznał cię jako: gość   :: wróć na stronę główną.
Online
Obecnie jest 2 gości i 0 użytkowników online.

Możesz zalogować się lub zarejestrować nowe konto.
poniedziałek, 03 listopada 2008 - 14:24

Strona gotowa do druku
WH40k

Okładka zbioru Planetkill

Planetkill... Kolejne słowo w długim szeregu jakże czterdziestkowych wyrażeń, oznaczające totalną zagładę. Trochę efekciarskie, ale niech tam, licentia poetica. Nie miałem problemu z Planet Killerem, przyzwyczaję się i do planetkill. Oprócz wypisanego wołami tytułu, na okładce znajdujemy jeszcze ilustrację znaną z okładki podręcznika Apocalypse. I nie dziwota, gdyż zbiór opowiadań, który zamierzam tutaj zrecenzować, został wydany jako literackie wsparcie rozszerzenia WH40k wprowadzającego zasady rozgrywania bitew na skalę... apokaliptyczną. Co kryje się pod okładką? Jak łatwo dostrzec, kryją się tam tales of planetary destruction from the 41st millennium, featuring fiction from Graham McNeill, Steve Parker, Matt Farrer and more. Opowiadań jest siedem, autorstwa tak uznanych piór, jak i debiutantów. Poniżej przyjrzę się pokrótce każdemu tekstowi, od tych mniej do najbardziej ciekawych, oczywiście w mojej opinii.Wcześniej jedno spostrzeżenie: to nie jest zbiór opowiadań o heroicznych wyczynach kosmicznych marines, a wręcz przeciwnie. W Planetkill marynarze owszem, są - statystami. Jeśli ktoś szuka opowieści o Aniołach Śmierci, powinien zaopatrzyć się w antologię Let the Galaxy Burn.

Do pierwszej grupy - rzeczy z paroma ciekawymi pomysłami, ogólnie całkiem przyjemnych, choć specjalnie w pamięć nie zapadających, zaliczyłem trzy opowiadania.

Pierwsze z nich to Voidsong Henry'ego Zou. Jest sobie planeta ogarnięta wojną domową, na tej planecie inkwizytor szukający wyzwań, coś spada z nieba, wyrusza ekspedycja... Zrazu sztampa, ale tło konfliktu jest opisane całkiem sprawnie, akcja toczy się wartko aż do nieuniknionego finału, w którym rozbrzmiewa tytułowa pieśń.

Kolejny tekst napisał Robey Jenkins, a zatytułował go Phobos Worked in Adamant. Pojawia się w nim widmo osławionego okrętu flagowego Abaddona, będące główną przyczyną rozwoju wypadków na planecie rządzonej przez Mechanicus. Do Celare Artem zbliża się zatem Zabójca Planet. Jedyną szansą na przetrwanie jest prototypowe urządzenie, mające zapewnić pole ochronne całej planecie. Maszyna jednak nie chce działać. Jej konstruktor, archmagos Ghuul, przez przypadek znajduje brakujące ogniwo - jednak okazuje się, że będą potrzebne gigantyczne ilości tego jakże oryginalnego składnika. Mimo to we wszystkich wstępuje nowa nadzieja, a rządząca Rada Dziewięciu wyraża zgodę, by Ghuul dostał wszystko, czego potrzebuje. Prace ruszają pełną parą... A potem zaczyna się szaleństwo. Z ponurym, choć łatwym do przewidzenia postscriptum.

Trzecie opowiadanie w tej grupie to The Emperor Wept Simona Dytona. Był sobie razu pewnego adept biologis, który doznał objawienia. W tymże objawieniu Omnissiah przekazał mu tajemnicę wytwarzania ulepszonej wersji Pożeracza Życia, czyli wirusa zrzucanego na planety w celu eksterminacji wszelkich form życia. Jak można ulepszyć coś tak bezwzględnego, zapytacie? Ano można, wystarczy wierzyć w Omnissiaha. Jakiś czas później kapitan Slayne z zakonu Wojowników Zagłady, na pokładzie okrętu Emperor's Despair, szykuje się do wykonania Exterminatus na planecie o wesołej nazwie Carnage. Narzędziem ma być właśnie ulepszony Life-Eater. Tuż przed wciśnięciem Czerwonego Guzika na pokładzie zjawia się wynalazca z obstawą, by móc obserwować cały zabieg. Przycisk zostaje wciśnięty, potem sytuacja się komplikuje, a na koniec... jest inaczej niż miało być.

Kategorią samą w sobie jest Seven Views of Uhlguth's Passing Matthew Farrera. Czytało mi się to strasznie ciężko, zarówno od strony językowej, jak i fabularnej, ale nie znaczy to, że jest to rzecz słaba. Jest bardzo inna od typowej opowiastki ze świata 40k, tak formą, jak i treścią. Akcja toczy się dwutorowo - oto demoniczna istota imieniem Uhlguth wyrusza na poszukiwanie swego pana, a jej wędrówka ma niebagatelny wpływ na miejsca, przez które przebiega. Napisać więcej po prostu się nie da. Na pewno warto przeczytać, choć po lekturze zostają mieszane wrażenia.

Teraz dochodzimy do tego, co lubimy najbardziej. Tu kolejność będzie już przypadkowa, albowiem wszystkie trzy pozostałe opowiadania są samodzielnie warte tego, żeby zakupić cały zbiorek. A są to pozycje następujące:

Steve Parker, Mercy Run. To, jak sądzę, prequel do nieopublikowanej jeszcze powieści Gunheads. Główni bohaterowie to załoga Last Rites, czołgu typu Leman Russ, która dostaje misję do wykonania, u boku nieludzko niekobiecej pani w pancerzu wspomaganym. Trzeba dotrzeć do miejsca A, by uratować VIPa, a wszystko to podczas ostatnich godzin ewakuacji planety, spowodowanej zbliżającą się zagładą ze strony zielonych grzybów. Niby prosta misja, a wyszło trochę jak w Radiu Erewan: nie rozdają, a kradną, misja miała być ratunkowa, a jest... Doskonałe opowiadanie, świetne przedstawienie tak tła, jak i postaci pierwszoplanowych. Gunheads kupię na 100%, a pan Parker staje się jednym z moich ulubionych pisarzy BL, także dzięki Rebel Winter, o której to powieści wspomnę zapewne przy innej okazji.

Richard Williams, Mortal Fuel. To również prequel (lub może pominięty epizod), tym razem do powieści Relentless. Relentless to imperialny krążownik klasy Lunar, którego kapitan zmarł w nieszczęśliwych okolicznościach. Jego obowiązki, oczywiście tymczasowo, przejął pierwszy oficer Ward. Napisać, że Ward to wzór cnót oficera Floty, byłoby przesadą, tak jak eufemizmem byłoby stwierdzenie, iż umie właściwie wyważyć interesy Imperium i własne. Midszypman Marcher, na swoje nieszczęście, pokłada w swoim dowódcy pełne zaufanie i jest przekonany, że po bohaterskim, choć nieco przypadkowym wyczynie czeka go świetlana przyszłość wśród kadry oficerskiej okrętu. Z kolei młody Asphar ma do wypełnienia misję - jest narzędziem zemsty na Imperium za to, co uczyniło o­no jego rodzinnej planecie - Bahani. To dość ciekawy wątek: Bahani została bowiem wyeksploatowana do imentu, po czym, gdy okazało się, że nic więcej wycisnąć się z niej nie da, uznano ją za orbis cassi - bez wartości. Administracja z przyległościami została ewakuowana, a pozostałym na planecie autochtonom przesłano uprzejmy komunikat You are no longer a part of the Imperium, co w świecie 40k jest oczywiście równoznaczne z wyrokiem śmierci. Wszystkie te wątki smakowicie nakładają się na siebie, a całość zdecydowanie zachęca do sięgnięcia po powieść Relentless, co też ostatnio uczyniłem i wielce ją sobie chwalę.

I wreszcie Graham McNeill, The Heraclitus Effect. W zasadzie wystarczy napisać, że to opowiadanie to dalszy ciąg Dead Sky, Black Sun, a dotyka również tyleż subtelnie, co z wielką mocą, wątku głównego z Warriors of Ultramar. Znów spotykamy Honsou (osobiście) i Uriela Ventrisa (zaocznie). Czy trzeba coś dodawać na zachętę?

Podsumowując: polecam. Trzy doskonałe opowiadania, w dodatku powiązane z powieściami. Cztery teksty niezłe - nierówne, ale nadrabiające tematyką. Knotów - brak, choć Seven Views... Farrera dla wielu może być niestrawne. Cena - jak za zwykłą książkę z BL.



Komentarze

ibsen
03-11-2008 - 16:08

Chyba w końcu, przez te recenzje wszystkie Wasze, sięgnę po którąś z książek wydanych przez BL. Bo jak dotąd jeszcze nie miałem przyjemności. Jakoś tak mając do wyboru coś "poważnego" i BL wybieram to pierwsze.

Ale w końcu chyba to zmienię.

Bardzo miła recenzja.

Morkai
04-11-2008 - 12:50

Bardz fajna recenzja. Krótka, treściwa i zachęcająca. Czyli taka jak powinna być :D Sięgnę jak tylko skończę LEGION...

Inkq
04-11-2008 - 16:31

Bardzo fajna recenzja ESie. Muszę w końcu sięgnąć po coś z BL. :P

Ardis_deLeveren
04-11-2008 - 21:51

Kusisz, ESie, kusisz... Aż portfel mnie boli. :D

Slaw
05-11-2008 - 07:09
Dzięki Piotrze, kolejny tytuł który znalazł się na liście życzeń. Kiedyś, podobnie jak Ibsen, uważałem te czterdziestkowe książeczki za coś niespecjalnie poważnego i raczej omijałem je z daleka. Ale Twoje recenzje to zmieniły. I jestem faktu zadowolony i czytam akurat Wywyższenie Horusa!

Pozdrawiam
S.
ES
05-11-2008 - 14:46
Dziękuję za wszystkie miłe słowa, zawsze dopingują mnie do recenzowania kolejnych pozycji.

Ibsenie: szczęśliwie u mnie literatura z BL nie walczy z literaturą "poważną" - uzupełniają się po prostu... Oba "rodzaje"  czytam dla przyjemności, a BL dodatkowo dla pogimnastykowania i poszerzenia zasobów języka obcego.
Slawie: już kiedyś to pisałem, ale co szkodzi przypomnieć: książki z BL oceniam nie rzucając ich na szersze tło, tzn. nie odnoszę ich poziomu do poziomu literatury w ogóle. Oceniam je wyłącznie w kategorii fajna/niefajna książka osadzona w świecie 40k - wtedy problem niepoważności znika :)
Morkai
07-11-2008 - 10:18

Niepowazne to są raczej knigi które większośc ludzi czyta "bo tak wypada" albo "trendy-ogólnie-pszyiente tak ożekuły" - podobnie zreszta jak z filmami i muzyką. Zwykła sztuczna elitarność wynikająca tylko z tego że się zwyczajnie i normalnie (również czytającym) nie podobają....

POdobnie widze to jak Piotr - jak mi sie podoba - świetnie. NIe podoba - cóż...szkoda...

Książka ma mi dać ogólnie pojęta przyjemność, wyluzowanie i rozrywkę. Jak będe chciał cos naprawdę powaznego i elitarnego to sobie poczytam swoje uchwały...

Slaw
08-11-2008 - 10:01
Moja filozofia czytania jest prosta - czytam to co mi się podoba. Jeżeli książka mnie nie wciąga to ją odkładam i nie czytam. Lubię dobrą literaturę, bo jest wciągająca. I przez "dobrą literaturę" rozumiem tą dobrą dla mnie, bardzo subiektywnie. Wiem czym jest kanon, czym jest snobistyczne wymienianie tytułów, czym jest kreowanie się na oczytanego. Szczerze mówiąc nie specjalnie mnie to interesuje, tak samo jak nie interesuje mnie udowadnianie, że czytam ciężkawą książkę dla przyjemności. Książki i ja to dosyć intymny związek.

Dlatego z dużą obawą sięgałem po literaturę z kręgu Black Library. I pierwsza książka mnie rozczarowała, bo nie dostarczyła mi ani rozrywki ani ciekawych przemyśleń. Ale już Eisenhorn bardzo mi się podobał. Bo jest dobrą literaturą. Chciałbym móc wyznaczyć sobie granicę i nie porównywać książek z BL z innymi, ale nie potrafię. Z resztą nie wiem czy jest to konieczne. Bo czy fakt, że literatura o w40k jest mało poważna jest istotnie wadą? W końcu warto też coś mało poważnego przeczytać od czasu do czasu. A jeżeli to dostarczy jeszcze rozrywki no to chyba wszystko jest dobrze?

Miłego długiego weekend.

S.
Morkai
08-11-2008 - 11:38

No właśnie :) A jak Ci się Sławku podobala książka prekursora i zwolennika zjednoczonej Europy?

Slaw
08-11-2008 - 11:50
Muszę powiedzieć, że zrobiła na mnie spore wrażenie. Chociaż ciężko ją czytać tylko przez pryzmat literatury, zawsze gdzieś w głowie było echo konsekwencji jakie wywołała. Ale największe wrażenie zrobiła na mojej Magdzie, jak ją znalazła - musiałem się gęsto tłumaczyć ;).

S.
ibsen
08-11-2008 - 15:03

A ja nadal będę twierdził że i z literatury i z filmu można wyodrębnić, w ramach gatunków, rzeczy DOBRE i rzeczy CHUJOWE.

Ja lubię poświęcać czas, którego mam ograniczoną ilość, na zapoznawanie się z rzeczami DOBRYMI a CHUJOWYM dziękuję. Uznaję też apriorycznie że Tennessee Williams pisze lepiej niż którykolwiek z pisarzy należących do stajni BL, czy to ze mnie czyni snoba? Ja nie epatuję tym co czytam, ani się ani otoczenia. Ale mam swoje zdanie. Nie czytam krapu, nie oglądam telenowel nie chadzam na wystawy zdjęć płodów ludzkich....

A "Mein Kampf", które kazano mi przeczytać na studiach, straszliwie mnie znudziło... Tak samo "Studium tyranii" Bullocka.

Ardis_deLeveren
08-11-2008 - 15:34

A mnie się Mein Kampf bardzo dobrze czytało... Ciekawe, od czego to zależy? Natomiast "Studium tyranii" dopiero przede mną. Kiedyś zacząłem, ale jakoś odpadłem po stu stronach. Nie to, że źle się czytało, czy coś (to nie "Chłopi", na szczęście). Po prostu jakoś tak. Jeszcze do niego wrócę.