Witaj. System subrosa rozpoznał cię jako: gość   :: wróć na stronę główną.
Online
Obecnie jest 2 gości i 0 użytkowników online.

Możesz zalogować się lub zarejestrować nowe konto.
czwartek, 07 stycznia 2010 - 22:13

Strona gotowa do druku
WH40k
Mój flufficzny guru, czyli ES, generalnie odradzał lub też co najmniej studził mój zapał do lektury tych dwóch pozycji. Pamiętam jak stwierdził, że spokojnie oba tomy można sobie odpuścić, bo właściwie niczego do opowieści o samej Herezji Horusa nie wnoszą. Nie posłuchałem go a muszę stwierdzić, że się nie mylił.

"Descent of Angels" to opowieść, której bohaterami są członkowie zakonu "Mrocznych Aniołów". Ale tak właściwie to nie do końca. Bo o Mrocznych Aniołach to w tej książce jest może 100 ostatnich stron. Poprzedzające je 300 kilkadziesiąt jest o tym, co się działo na Calibanie przed pojawieniem się Imperatora, przed Zakonem a nawet częściowo przed Lionem El'Jonhsonem. I właściwie sam pomysł na tak daleką retrospekcję nie jest zły, gdyby nie rozmiar tejże. Książka niestety w pewnym momencie zaczyna zwyczajnie nudzić. Pierwszy fragment, który ma trochę więcej wspólnego z uniwersum 31. milenium niż ze średniowieczem, pojawia się na 154 stronie. Jak dla mnie to trochę zbyt mało w książce o Herezji Horusa.

Ale o czym jest właściwie ta książka? Jej osią jest opowieść o losach chłopaka, który zostaje przyjęty do Zakonu (jeszcze nie Mrocznych Aniołów) i przechodzi tam szkolenie, dorasta, zaprawia się w bojach a przede wszystkim marzy o sławie, honorze, męstwie i zostaniu rycerzem. Bo Caliban to świat bardzo rycerskich rycerzy broniących ludzi przed wszelkiej maści potworami zamieszkującymi wielkie lasy planety. I jeżeli zakon Mrocznych Aniołów wydawał się Wam czasami dziwny, to przeczytaniu tej książki z całą pewnością utwierdzicie się w swoim przekonaniu. Bo tego honoru, sławy i męstwa jest odrobinę za dużo nawet jak na rycerski poemat. Generalnie robi się trochę niedobrze, jak po zjedzeniu trzech tortów z masą kakaowo – waniliową. Nasz bohater nie zauważa, że swoim dążeniem do perfekcji i męstwa, depcze swoich rówieśników, których zwie swoimi braćmi. I to jest w miarę dobrze zarysowany obraz tego, co powinniśmy przeczytać w kolejnym tomie, którego treścią będzie pogłębianie się owego pęknięcia między "braćmi" aż do rozpadu dosłownego Calibanu włącznie. A sam Caliban to w tej książce miejsce sielsko anielskie, trochę jak las Sherwood, z tym wyjątkiem, że średni czas życia w takim lesie wynosi nie więcej niż parę sekund, bo coś zawsze chce komuś odgryźć ważną część ciała. W każdym razie dominuje kolor zielony.

Ale żeby nie być niesprawiedliwym, to trzeba przyznać, że książka ma swoje dobre momenty. Zwłaszcza kiedy widzimy, że Lion Primarcha nie jest tak do końca kryształową postacią. Jest mega bufonowaty, jego ego z całą pewnością przerasta ego każdego z innych Primarchów a może nawet ich sumę. Jego decyzja o podjęciu wojny z innym zakonem słusznie wzbudza niepokój u naszych bohaterów, ale z racji braterskiej lojalności odkładają swoje rozterki na bok i wyżynają tych, co stoją na drodze Wielkiemu Mistrzowi. Jest też zakompleksiony – przynajmniej tak mi się wydaje próbując zrozumieć decyzję, którą podjął na ostatnich kartach książki. Książkę z całą pewnością powinni przeczytać wielbiciele "Mrocznych Aniołów", bo oni nie powinni być rozczarowani. Pozostali nie stracą wiele, jeżeli ją sobie podarują.

O ile "Descent of Angels" można jeszcze bronić to zupełnie ciężko byłoby wskazywać dobre strony "Battle for the Abyss". Książka jest strasznie siermiężna, płytka, sztampowa i nudna. Pierwszy raz miałem ochotę przewertować kilka stron, żeby trochę posunąć akcję do przodu. Na wiele się to nie zdało. Z całą pewnością jest najsłabsza pozycja serii ze wszystkich wydanych do tej pory.

Historia książki jest prosta. "Dzierżący Słowo" dostają od Mrocznych Adeptus Mechanicus mega, mega, przemega wypasiony megaokręt. Jego celem jest dokonanie pierwszego uderzenia na Maccrage, czyli planetę Ultramarines. Na drodze realizacji tego planu staje trzech marines w niebieskich pancerzach, jeden z dodatkowym okiem na czole (ten jest najfajniejszy), kilku Kosmicznych Wilków i kilku Pożeraczy Światów. Kiedy główny bohater – niebieski – ratując wybuchający reaktor plazmowy, doznaje wizji (do czego wstydzi się przyznać) i poznaje złe plany, to od razu wie co ma robić. Jednoczy to kolorowe towarzystwo pod swoją komendą i dalej już tylko lecą, strzelają, lecą, wybuchają, walczą i lecą. A źli gadają! I gadają, gadają, gadają….. Złe słowa są przeraźliwie złe. Brrrr…. Generalnie źli, jak to źli, mają na swoim podorędziu kilka niespodzianek, w stylu atak psioniczny, sztorm warpu czy mega demon. Ale wszystko to takie, pożal się panie boże, banalne i mało wiarygodne (jak na fantastyczną wiarygodność i logikę oczywiście). Czarę goryczy przelała u mnie próba szerokiej alegorii z "Boską Komedią", gdzie główny niebieski zstępuje na coraz głębsze kręgi piekieł, by na ostatnim odkryć – uwaga mocny spoiler – że jego nauczyciel, nie jest z niego zadowolony. Sami rozumiecie, że nie bardzo mam Wam co polecić. Oczywiście z planów złych nic nie wychodzi przez ich własną głupotę, dobrzy są dobrzy do samego końca, bo koniec ta książka na szczęście ma. I to jest jej główna zaleta. Poza tym jest kilka momencików, jak nienajgorszy opis bitwy okrętów czy całkiem spoko opis Warpu. Ale to dosłownie kilka stron w całości. Szkoda, bo dałoby się dużo lepiej.

Podsumowując – nie polecam. Może jak się bardzo źle do tej książki nastawicie, to znajdziecie w niej więcej niż ja. Ale moim zdaniem można ją sobie jak najbardziej podarować. Tym bardziej, że już za chwileczkę, już za momencik – "Tysięczni Synowie" Abnetta a zaraz potem "Prospero Burns" McNeilla.



Komentarze

Ardis_deLeveren
07-01-2010 - 23:18

Bardzo przyjemnie czytająca się recenzja. :) Teraz mam już pewność, że kiepskie utwory literackie są dużo fajniejsze do recenzowania i analizowania, niż utwory dobrej jakości. :D

Co do Zstąpienia Aniołów - odniosłem wrażenie, że główną przewiną tej książki (poza zasobem rycerskości, którym spokojnie można by obdzielić kilka planet i jeszcze zostanie) jest cokolwiek mała zawartość Herezji Horusa, jak na książkę wydaną w cyklu Herezji Horusa. Natomiast jako samodzielna opowieść o początkach Mrocznych Aniołów, mogłaby się nawet bronić. Dobrze myślę?

Morkai
08-01-2010 - 10:27

Zgadzam się z Ardisem... przynajmniej częściowo ;) Bo recenzję czyta się świetnie, ale to chyba dlatego, że łatwiej jest recenzować rzeczy słabsze. Jest po prostu co wytykać.

Cały cykl HH wydawał mi się do tej pory dość równy, pomimo, że sporo jednak jeszcze nie czytałem. Jest fantastyczny Legion i chociażby dla tej książki warto wejść w tą serię.

Co do Mhrocznyh Aniukuf - nie spodziewałem się po ich fluffie niczego szczególnego w książce. Nudne zadufane w sobie skompleksiałe wojaczki, które nie dość że nic nie osiągnęły specjalnego, to się jeszcze we własnym gronie bryndzlują tą swoją nijakością uznając ją za bogowie-wiedzą jakąż to wielką zaletę. Nic więc mnie recenzja Slawa w tym zakresie nie dziwi, a jedynie utwierdza w przekonaniach. Duzo huku, "ouuuaaaa" jesteśmy-cudowni... a potem wpierd...i do lochu.....

Duzo bardziej mnie martwi recenzja "Battle for the Abyss"...bo faktycznie Legion Niosących Słowo był dla mnie w poprzedniej edycji codexu CSM jednym z najlepszych. I chociażby dlatego chciałem po tą pozycje sięgnąć.... No nic... będe czytał dalsze tomy Ciphasa Caina.... te mają sporą dawkę dowcipu przynajmniej...

Dzięki Sławku. czytało się z przyjemnością....

Morkai
08-01-2010 - 10:30

Aha. a dlaczego częściowo zgadzam się z Ardisem? Napisałeś, że można by poierwszą z książek traktować jako "samodzielna opowieść o początkach Mrocznych Aniołów"...kurcze...znowu kolejni z nieoświeconych i średniowiecznych wiosek? Przecież to już było w Kosmicznym Wilku Kinga. Styknie