Witaj. System subrosa rozpoznał cię jako: gość   :: wróć na stronę główną.
Online
Obecnie jest 2 gości i 0 użytkowników online.

Możesz zalogować się lub zarejestrować nowe konto.
wtorek, 02 lutego 2010 - 01:40

Strona gotowa do druku
WH40k
Książka jest mocna. Większość pierwszej części jest w sumie lekko nudna; jakoś tak powoli i bez polotu idzie, aż się zastanawiałem, czy przypadkiem Abnett nie wyprodukował bubla, a ja nie zmarnowałem paru ładnych złotych. Ale sekwencja w bazie wolnych kupców; opis tego miejsca, jego zwyczajów i kolorytu bardzo mi się podobały. I od tego momentu akcja zaczyna się kręcić, w finale "Ravenora" nabierając stosownie dramatycznego tempa, niczym z dobrego filmu sensacyjnego. W "Ravenor Returned" kapinkę na początku zwalnia, acz nie nudzi, a wraz z przeczytanymi stronami z powrotem nabiera wartkości, by w początku "Ravenor Rogue" znowu zwolnić odrobinę (i tylko tyciuńką, małą odrobinkę), ale już po chwili rozpędzić się do szybkości największej w całej trylogii. Acz nawet w tym momencie nie osiąga prędkości światła, najwyżej ponaddźwiękową. Tylko czy to wada?

Powiem Wam od razu, że nie. Bo widzicie... Posłużę się porównaniem. Można zostać przejechanym przez supermotocykl z turboodrzutowym dopalaczem i wtryskiem nitro, a można zostać rozjechanym przez falangę ciężkich czołgów. Książek pierwszego typu sobie w danej chwili nie przypominam, pewnie zresztą ich nie znam. Ale na pewno istnieją. Rzecz w tym, że co za dużo, to niezdrowo; nadmierna szybkość akcji też może szkodzić; łatwo można wylecieć z toru. Ravenor jest powolniejszy. Jest jak rzeczona falanga czołgów. Przejeżdża po człowieku powoli, ale wgniata go w ziemię głęboko i dokładnie, tak, że czubek nosa nie wystaje. A potem wrzuca wsteczny i przejeżdża po nim jeszcze parę razy. Tak dla pewności.

Jako się rzekło, pierwszy tom - "Ravenor" - ma trochę problemów na początku. Akcja się deko wlecze i jest strasznie niejasna, tak naprawdę dopiero na 132 stronie dowiadujemy się, co bohaterowie tu tak właściwie robią... W ogóle. Nie, jaka jest istota wielkiej intrygi, tylko po co w ogóle imperialny inkwizytor Gideon Ravenor przybył do molocha Petropolis. Można się tego zacząć domyślać wcześniej, ale jasno powiedziane jest to dopiero w tym momencie. Dalej też nie jest lepiej. Ja rozumiem, że życie inkwizytora to nie tylko wypędzanie demonów wymachami świętego młota i ma on również (albo i przede wszystkim) okresy żmudnych dochodzeń dotyczących przyziemnych i prozaicznych herezji, jak handel skażonymi narkotykami, ale od powieści, bądź co bądź, akcji, oczekiwałoby się czegoś więcej... Zwłaszcza, że Abnett potrafi w zajmujący sposób przedstawić prowadzenie śledztwa, czego dowód dał w "Ravenor Returned". No ale załóżmy, że tu się dopiero rozgrzewał, niech mu będzie. Jak już wspomniałem, wszystko to zmienia się, gdy nasza lotna brygada dociera na Bonner's Reach. Opis tego schronienia, portu, centrum handlowego i czego tam jeszcze, uczęszczanego przez wolnych kupców i całą gamę indywiduów spoza Imperium, jest swoiście piękny. Klimat wielkiego, bliskowschodniego bazaru, połączony z niemal barokowym przepychem, robi przyjemne wrażenie. Jest to chyba pierwszy opis miejsca, jaki mi się naprawdę spodobał, spośród wszystkich, które do tej pory czytałem. Może i też dlatego, że ogólnie jest to miejsce, które mogłoby się spodobać. Wprawdzie raczej warto tam trzymać broń przy sobie, ale poza tym jest to bezpieczna przystań i jedno z tych rzadkich miejsc w galaktyce, gdzie można swobodnie odetchnąć, bez opresyjnej, wszędobylskiej obecności Imperium (i kto to mówi). Dalsza akcja, aż do zakończenia tomu, też robi dobre wrażenie i ogólnie, żeby nie zdradzać szczegółów, trzyma w napięciu.

"Ravenor Returned" składa się niejako z dwóch części. Pierwszą jest dość spokojny, acz niepozbawiony przygód opis śledztwa, powoli odsłaniającego ogrom herezji, przeżerającej stolicę Eustis Majoris. Odkrywamy stopniowo, kto jest kim i jak naprawdę wygląda sytuacja w podsektorze Angelus. Mamy również okazję rzucić okiem na działalność Administratum od kuchni. Plus za to. W drugiej części karty zostają rozdane i wiadomo już, kogo zbombardować z orbity (gdyby było czym). Tu akcja ponownie nabiera dramatycznego tempa, zwłaszcza, że pole manewru dzielnego inkwizytora jest mocno ograniczone, przeciwnik potężny, a jego plany... Cóż. Pierwszy raz plany tak wielkiej skali zrobiły na mnie wiarygodne wrażenie (tak, kolejny pierwszy raz przy tej książce). I wgniotły w fotel. Co prawda samo zakończenie... Nie jest aż tak monumentalne - ale po pierwsze, wszystkie zdarzenia mają sens, a po drugie - czuć wyraźnie, że to całkowicie świadoma decyzja autora; wszystko, co zachodzi, dzieje się wyłącznie po to, żeby mogło się odpowiednio epicko zakończyć w tomie trzecim.

Na pierwszych kartach "Ravenor Rogue", Gideon zmuszony jest wreszcie stanąć przed swoimi przełożonymi i złożyć raport z działalności ostatnich paru lat. Następuje chwila oddechu i wszyscy żyliby długo i szczęśliwie, z wyjątkiem heretyków, rzecz jasna, ale dochodzi nagle do gwałtownego zwrotu akcji i... No, nie powiem Wam przecież. W każdym razie, tu już Abnett rozkręca się na dobre. Intryga jest zaplątana (w tym dobrym sensie), akcja wartka i intensywna, a zakończenie do samego końca pozostaje kwestią otwartą i niekoniecznie oczywistą. To jest ta część opowieści o Ravenorze, która wprasowuje w ziemię.

Teraz parę uwag luźnych, wspomnianych impresji. Kolejność raczej przypadkowa.

*** UWAGA: SPOILERY ***

- Abnett świetnie, a za pomocą w sumie banalnych zabiegów, maluje obraz wyjątkowo paskudnego i nieprzyjemnego miasta.

- widać wyraźną ewolucję stylu w stosunku do Eisenhorna. Eisenhorn był z deka cukierkowy; wszyscy byli odważni i inteligentni (albo przynajmniej odważni); praktycznie każdego dało się polubić, łącznie nawet z Cherubaelem - demonem, bądź co bądź, a odpychający byli tylko przedstawiciele Ordo Malleus, ukazani całkowicie jednoznacznie jako bydlaki i prymitywne półgłówki; wszystkie kobiety były piękne i chętne, a samochody szybkie. W Ravenorze postaci są dużo bardziej interesujące; żadna (samego Ravenora nie wyłączając) nie jest jednoznaczna, mają swoje zalety i wady, pragnienia i obawy, mocne strony i słabości; mają w końcu ograniczoną wytrzymałość na różnorakie zdarzenia, które serwuje im los. Potrafią powiedzieć "dość". Albo zwyczajnie się złamać.

- zakończenie. Wspaniałe w swej niestandardowości. Potężne, takie, jakiego można by oczekiwać. I zupełnie nie takie, jakiego potencjalnie można by się spodziewać. Bardzo odległe od klasycznego happy endu. W końcu, po długich, pełnych trudu i bólu przygodach, udało się osiągnąć cel. Tylko za jaką cenę? Niektórzy być może żyją długo. Ale nikt na pewno nie żyje szczęśliwie.

- a'propos Eisenhorna. Gregor ma w sumie zabawną rolę w tej historii. Pojawia się, rozwala Barbaryzatorem drednota na pół i znika. Lulz.

- zastanawia mnie, co to tak dokładnie było to coś, co rozwalił Eisenhorn. Abnett co prawda już raz zastrzelił drednota z lasguna (w Duchach Gaunta), ale nadal myśl o zaciukaniu go mieczem jakoś mnie przeraża. Poza tym, skąd właściwie Boskie Bractwo miałoby wziąć takiego prawdziwego drednota?? Przecież to jest maszyna budowana tylko i wyłącznie dla Adeptus Astartes... Nawet Inkwizycja ich nie używa. Stawiałbym, że to jakaś ich samoróbka, podobna w konstrukcji do killakana.

- co do cukierkowości, to jednak trochę jej zostało. Podwładni gadają z Ravenorem jak z najlepszym kumplem, a czasem potrafią mu się stawiać... Nawet w Eisenhornie tak nie było; Gregor nie należał może do klasycznego typu inkwizytora, przed którym drżą nawet jego sługi, ale jednak nie było miejsca na takie zachowania; stosunek przełożony-podwładny był jasno określony. Poza tym, nigdy nie myślałem, że ze służby Inkwizycji można sobie tak po prostu odejść... Zawsze mi się wydawało, że "jak do nas wejdziesz, to już nigdy nie wyjdziesz". Jeszcze Cynię Preest, jako osobę nie związaną bezpośrednio, mogę zrozumieć. Ale członków osobistej świty inkwizytora?

- gdzie ci xenos?? Zarzut w sumie dotyczy zarówno Ravenora, jak i Eisenhorna. Ale w Eisenhornie przynajmniej chwilami jacyś xenos się pojawiali; w Ravenorze to tylko jeden kr00t pada tr00pem. Ja rozumiem, że demoniczne sprawy są dużo ciekawsze, ale czy było w takim razie trzeba koniecznie robić i Eisenhorna, i Ravenora inkwizytorami Ordo Xenos? Gdybyż to jeszcze czemuś służyło, np. pokazaniu, jak specjalista od xenosów radzi sobie, kiedy dopada go kwestia demoniczna, cokolwiek mu obca i niewygodna. A tu i jeden, i drugi w gruncie rzeczy dużo lepiej zna się na kwestiach będących w centrum zainteresowania Ordo Malleus, niż na swojej własnej specjalności. Zabieg w sumie taki bez sensu; te szczątkowe elementy, wzięte od obcych (medaliki z wraithbone'u, ułatwiające Ravenorowi przejmowanie kontroli nad swoimi ludźmi), bez problemu można było zastąpić zwykłymi metodami psykersko-czarnoksięskimi. No, ale bez tego trylogia Eisenhorna nie składałaby się z "Xenos", "Malleus" i "Hereticus". :P

- pierwszy raz od dawna czułem strach przy lekturze książki. Scena na Aretuzie, kiedy z głośników dobiega szloch człowieka nawet po wyłączeniu dźwięku, i potem, gdy Kys siedzi w karcerze, a drzwi zaczynają się odkształcać... Brrr. Naprawdę zrobiło mi się nieswojo. I nawet w power armourze nie poczułbym się bezpieczny.

- w drugim tomie, przy okazji Nielitościwości, opadła mi szczęka. Kiedy Nayl rzucił uwagę, że ciała oskubane przez te ptaszydła wyglądają zupełnie, jak trup Genevive X, uświadomiłem sobie, jak wielka jest skala, na jaką Abnett planował swoją powieść. To wszystko było z góry przemyślane... Drobne, w zasadzie nieistotne zdarzenie z samego początku pierwszego tomu, połączone z głównym nurtem tomu drugiego... Niesamowite.

- przy okazji Genny X, podoba mi się bardzo, że nie wszystko ma w tej powieści krytyczne znaczenie. Wizyta Nayla u rzeczonej dealerki, oprócz tego, że łączyła się z Nielitościwością, o czym dowiadujemy się dopiero dużo później, to tak poza tym była pozbawiona znaczenia, donikąd nie prowadziła. Taka miła, drobna odmiana po, aż do bólu konsekwentnie przestrzeganej przez wszystkich autorów zasadzie, że "jak w pierwszym akcie na ścianie wisi strzelba, to w siódmym musi wystrzelić".

*** KONIEC SPOILERÓW ***

Ravenora poznałem w formie omnibusa. I dochodzę do wniosku, że jest to jedyna forma, w jakiej wolno się z nim zapoznawać. Teoretycznie tom drugi i trzeci mogłyby stanowić osobne książki, ale tak naprawdę wszystkie trzy tworzą razem jedną, nierozerwalną całość, którą trzeba po prostu czytać jednym ciągiem. Bez tego, traci się mnóstwo przyjemności i, w sumie, również sensu historii.

Jako podsumowanie, zacytuję samego Abnetta.

"The heroes are a pretty intrepid bunch too, and you'll be safe enough in their hands when it comes to travelling across The Daniverse. But watch your step. As a wise man once said, 'this place can be a little rough'. "

Czytać.



P.S. A ja czekam, aż Abnett zrealizuje swoją groźbę i napisze trylogię Bequin. This ain't over, this ain't over yet...


Komentarze

ES
02-02-2010 - 09:38

Mięcho. Soczyste, gruntownie przeżute wzorcem dzikich plemion Ameryki Południowej, a następnie zmienione w smakowitą potrawę.

Spoilery sobie darowałem, będzie kiedyś okazja wrócić tu i zweryfikować Ardisowe wrażenia.

Skoti
02-02-2010 - 23:11

Właśnie skończyłem drugi tom przygód Ravenora. Dzisiaj zaczynam trzeci. Po tym co napisał Ardis z jeszcze większą ochotą to uczynię.