Witaj. System subrosa rozpoznał cię jako: gość   :: wróć na stronę główną.
Online
Obecnie jest 2 gości i 0 użytkowników online.

Możesz zalogować się lub zarejestrować nowe konto.
poniedziałek, 30 lipca 2007 - 16:08

Strona gotowa do druku
Inne

Dawno, dawno nie znajdowałem w sobie motywacji, żeby się czymś pochwalić, coś napisać i się czymś podzielić. Ostatnimi czasy życie pokazuje mi z pełną wyrazistością, że często nasze o nim wyobrażenia mają mało wspólnego z rzeczywistością. To mimo wszystko mocno depresyjny proces, kiedy odkrywasz, że właściwie nie jesteś w stanie wstać, obrócić się na pięcie i wyjść zostawiając byłego pracodawcę z wyrazem dającego satysfakcję zdumienia na twarzy. Ale cóż doroślenie to powolny proces obrastania rachunkami, kredytami, powinnościami i ciągłym sprzedawaniem swojej niezależności za wątłe poczucie bezpieczeństwa.

Żeby jednak nie było zbyt pesymistycznie – jest nieźle. Nie ma na co narzekać. Zarobki ciągle powyżej polskiej przeciętnej. Tylko o dziwo ostatni raz grałem w chłopki w marcu. Później nie miałem czasu.

Chciałem Wam napisać o pewnej prawdzie lekceważonej, która jest doskonałym probierzem doroślenia. Pamiętacie jak Wasi dziadkowie czy rodzice powtarzali do znudzenia: „A w moich czasach to…” Coraz częściej mam ochotę zaintonować wypowiedzi w podobnym stylu, tylko że zawsze uważałem to za przejaw sknerstwa i ponuractwa. Po trzydziestu latach na tej dziwnej planecie zwanej Polską mam w końcu ochotę powiedzieć, „A w moich czasach to było…”

Uwielbiamy z moją Magdą góry. To coś więcej niż pasja, hobby czy sposób spędzania wolnego czasu. To nasz sposób na życie. To coś co nas napędza, pozwala planować i oddzielać się od nudnej rzeczywistości. Jak łatwo sobie wyobrazić może czasami góry nazbyt sakralizujemy, traktujemy jako azyl, jako oazę spokoju. Ale też nie ma nic wspanialszego niż kawa na juwelku o 6 rano na hali nad którą zaczynają się unosić mgły. I jesteście tam sami, jest cicho i wszystko smakuje lepiej. Kto był ten wie.

W miniony weekend wstaliśmy więc o nieludzkiej jak na sobotę porze i korzystając z tego, ze nasze dzieci wybrały podróż nad morze pojechaliśmy w góry. Z Pszczyny pociągiem do Zwardonia to raptem dwie i pół godziny. Byliśmy w Zwardoniu o 10:00 i wyruszyliśmy dosyć mozolnym szlakiem na Wielką Raczę.
Do schroniska dotarliśmy około godziny szesnastej. Okazało się że nie było już wolnych miejsc, więc pozostała nam „podłoga”. A właściwie to stoły na ganku. Ale za to widok mieliśmy piękny a na stołach spaliśmy już nie raz.

Zdziwiło nas na wstępie tylko kilka rzeczy. Panienka bufetowa bardziej przypominała Dodę w tańszej wersji. Pozostała część obsługi w liczbie dwóch facetów młodszych ode mnie miała już mocno w czubie. Schronisko było brudne i nie posprzątane, ale długość tipsów „Dody” mogła być wytłumaczeniem. Wiem, jestem sknerą.

Potem zaczęło się ognisko, potem niby zamknął się bar, ale piwo jakoś można było kupić. Potem zrobiła się 22:00 a ognisko się nie kończyło. Oprócz pijackich śpiewów byliśmy raczeni dyskusjami na temat niższości kobiet, które są „dupczone” zamiast „dupczyć”. To cytat z ryczącej pięćdziesiątki podrywającej trójkę pijanych studentów, dla których sporym odkryciem było uświadomienie sobie, że batonów Mars nie produkuje facet o nazwisku Mars. Opis tej niesmacznej degrengolady, bo miłą imprezą bym tego nie nazwał, mógłby jeszcze się ciągnąć, bo do 23:00 jeszcze dużo się działo. Około tej godziny, po tym, jak jeden z misiaczków z obsługi schroniska, uznał, że bardzo zabawne będzie zapalenie sobie peta obok mnie i dmuchanie mi dymem w twarz, nie wytrzymałem. To było nawet ciekawe doświadczenie, bo nigdy nie podejrzewałbym siebie o umiejętność wulgarnego zjebania kogokolwiek. I to podniesionym głosem. No i popsułem imprezę, która próbowała przenieść się jeszcze do łazienek, ale towarzystwo posnęło.

W czym rzecz. W moich czasach podobne rzeczy byłyby nie do pomyślenia. Nie do pomyślenia byłoby to, że schronisko zamienia się w tani burdel i budkę z piwem w jednym. Nie do pomyślenia byłoby to, żeby po 22:00 turyści przeszkadzali innym spać. Nie do pomyślenia byłoby to, żeby obsługa nie reagowała, gdyby ktoś mimo wszystko zapomniał gdzie jest. Zrobiło się nam z Magdą strasznie smutno. Bo życie znowu postanowiło nas trochę postarzeć. Bo w naszych czasach w góry chodziła specyficzna kategoria ludzi. Byli to z reguły ludzie życzliwi, cisi i nie przeszkadzający. Ludzie, którzy mieli coś do powiedzenia, chociaż nie wyrywali się do zabierania głosu.

Co się zatem takiego stało, tam na Wielkiej Raczy? Upadek obyczajów? Etyki? Moralności? Ich ewolucja? A może zwyczajna pokoleniowa przemiana? A może wielki zbieg okoliczności, że w jednym miejscu zebrały się wszystkie czarne owce turystyki? Chyba odpowiedzi na pytanie dostarcza reakcja ogniskowego tłumu na pytanie „Jak Wam nie wstyd?” Był nią gromki śmiech.

Wstyd nie jest modny. Stał się zakresowo pusty. Zatracił się układ odniesienia pomiędzy wewnętrznym poczuciem wstydu jako sankcją za złamanie norm moralnych. Ludziom jest teraz co najwyżej wstyd, że nie skorzystali z jakiejś okazji, że nie byli bardziej cwani niż mogli być, że nie oszukali, kiedy mogli to zrobić bezkarnie. Zrozumiałem tam stojąc przed tymi ludźmi, że etyka nie poparta możliwością „dania w ryj” i to czymś ciężkim jest bezradna. Ponieważ zaś nie dysponowałem fizyczną przewagą za szczęśliwe uznaję oświadczenie najmniej pijanego z towarzystwa studenckiego, który stwierdził, że „został zjebany kulturalnie i stanowczo i że on idzie spać”. Za nim poszli inni.

Mam wrażenie, że niewłaściwie pojmowany indywidualizm, wolność oderwana od rozsądku i odpowiedzialności i poczucie moralnej bezkarności zawłaszcza coraz to nowe obszary. I nawet trudno dostępne górskie szlaki i schroniska nie są już bezpieczne.

Sławek.
Notatka: 30.07.2007 r.


Komentarze

ibsen
31-07-2007 - 09:27

Tośmy Sławku żyli w innych czasach chyba...  Bo za moich czasów to Beskidy były szczelnie wypełnione w każdy wakacyjny weekend pijanymi górnikami, czy innymi kolejarzami, zwiezionymi przez zakład pracy autobusem marki Autosan na Krowiarki na przykład, skąd w ramach Rajdu Przodowników snuli się sennie tu i tam, popijając, popierdując, upuszczając papierki po kanapkach itp... żeby na końcu dostać pieczątkę PTTK w jakim zdemolowanym schronisku... No a jako młodzież już dorastająca z lubością udawałem się z kumplami w góry by się schlać... Bo w górach alko lepiej smakowało, smakuje i będzie smakować. No i na koniec dodam tylko że Schronisko na Wielkiej Raczy zawsze było betonowym klocem, otoczonym zardzewiałymi betoniarkami z legendarną fasolką po bretońsku po której bankowo dostawało się sraczki, i raczej należy do tych kilku szczytów, które chcąc mieć spokój lepiej omijać, jak Czantorię, jak Równicę i kilka innych „upowszechnionych” pagórków.

Poza tym co dla jednego jest sacrum dla innego jest profanum, taki lajf… różnorodny…

Ale masz rację… jeśli w pewnym momencie łapiesz się na tym że przeszkadza Ci to co sam kiedyś robiłeś z dziką radością, to znak niechybny że się starzejesz, dziadziejesz i tatusiejesz i czas najwyższy żeby zacząć szukać w sklepach internetowych kewlarowej reklamówki ;-).

ES
31-07-2007 - 11:42

Tekst w przedziwny, choć przypadkowy sposób zbiegł się z planami, które snuję na wcale nie odległą przyszłość. Pobrzmiewają w tych projektach podobne emocje, jak u Slawa, choć pobrzmiewają dwojako: z jednej strony przygnębiająco, na szczęście z drugiej - całkiem pozytywnie. Za to współpobrzmiewanie (który to już raz..?) wielkie dzięki, Sławku.

Slaw
01-08-2007 - 20:14
Mi góry faktycznie nie kojarzą się z wycieczkami pijanych górników. Być może mylisz też Wielką Raczę ze schroniskiem w Zwardoniu (w drodze na Wielką Raczę), które faktycznie jest betonowym grzdylem do którego można dojechać autobusem.

S.
ibsen
02-08-2007 - 07:48

Nie :D Nie mylę.... Wiem że ono u góry jest drewniane... Ale na dole jest betonowe ;-). Na bank nigdy go nie pomylę z żadnym innym schroniskiem, bo swego czasu wtargałem tam plecak, kocher, namiot, siedem książek z których uczyłem się na jakis egzamin oraz Katarzynę.

Morkai
02-08-2007 - 13:16

No musze przyznać, że góry złaziłem "tam i z powrotem". Jestem kuźwa Bilbo Baggins gór :D ;) Tak Beskid jak i Bieszczady, a nade wszystko Tatry polskie i słowackie. Bo ja kurde kocham góry :D Ale musze przyznać, że odczucia mam raczej podobne do doczuć Ibsena. Sam jako szczylas z liceum zalicząłem nie raz nie dwa spore i dośc burzliwe imprezy na Wielkiej Raczy, Stożku i innych schroniskach. Jakoś naprawdę ten opis Slawa nijak nie burzy mi żadnego z moich światów :D Imprezy - zwłaszcza w Beskidach - były, są i będą. Nic a nic mnie w tym nie zaskakuje.....

madprofesa
02-08-2007 - 20:32

No cóż, każdy by się chyba wkurzył gdyby ktoś dmuchał mu dymem papierosowym w twarz, normalne. Co do imprez i chlania w górach to ja również zaliczyłem kilka niezłych zgonów, głównie w Cisnej w Bieszczadach. Tak czy siak jest to wszystko mały pikuś w porównaniu do libacji drwali w knajpie pod tytułem Siekierezada (teraz już Wilcze Kły) połączonej z konkursem na rzut ławą z kuflami przez salę.

Oczywiście nie wspominając o porannych bitwach najebanych górali z cegłówkami na polu namiotowym :)