Witaj. System subrosa rozpoznał cię jako: gość   :: wróć na stronę główną.
Online
Obecnie jest 1 gość i 0 użytkowników online.

Możesz zalogować się lub zarejestrować nowe konto.
poniedziałek, 05 listopada 2007 - 13:36

Strona gotowa do druku
WH40k
- Lordzie Sanguinius!

Żaden człowiek nie mógł uniknąć tego ciosu. Ale Sanguinius nie był człowiekiem. Niemożliwie szybkim piruetem wywinął się spod miecza Zdrajcy, trzasnął go na odlew pancerną rękawicą i przebił szablą, choć na dobrą sprawę tamten nie żył już po pierwszym ciosie. Skrzydlaty Primarcha kontynuował obrót i rozpołowił następnego poziomym cięciem ostrza żarzącego się niczym rozpalona stal.

- Do Bramy! - krzyknął na stojących w rzadkim niezdecydowaniu Marines - Brońcie Bramy!

Drużyna Amosa zaczęła się niechętnie cofać, ogniem bolterów przykrywając nadciągający tłum heretyków. Po ciemnym niebie sunął ogromny, skrzydlaty cień, błyskawicznie stający się potężnym Demonem Mrocznych Bogów...

...niemal niezwyciężonym Krwiopijcą, który spadł między lojalistów. Trzaśnięciem bicza powalił Kronikarza Endymiona, jednym ciosem gigantycznego topora posłał w powietrze oddział Istaniela... Potwór był wcieleniem mocy Upadłych Potęg, ziszczeniem najgorszych ludzkich koszmarów, i zwykli śmiertelnicy na sam jego widok natychmiast rzuciliby się do ucieczki. Ale Anioły Furii nie były zwykłymi śmiertelnikami. Byli synami Sanguiniusa i wybrańcami Imperatora. Byli Space Marines, i nie znali strachu. Istaniel bez wahania rzucił się na ogromnego przeciwnika, wznosząc rękawicę energetyczną do ciosu. Sięgał Demonowi ledwie do kolan, ale i one były dobrym celem. Uderzył raz, drugi i trzeci. Jednak Demon był zbyt szybki; jak na swoje rozmiary - niewiarygodnie szybki, i za każdym razem odsuwał się, unikając trafienia. Sam zaatakował dopiero po chwili, jakby w pierwszym momencie zaskoczony zajadłością tej małej istoty, usiłującej go zranić. Istaniel uchylił się i uderzył ponownie, lecz i tym razem nie zdołał uczynić Demonowi krzywdy.

Kapitan Danaias strząsnął ze swoich szponów energetycznych nabitego na nie Zdrajcę. Rozejrzał się dookoła, by ocenić sytuację. Jego wzrok padł na niewielką postać, desperacko uwijającą się wokół Bestii Chaosu. Warknął rozkaz, i wzbił się w niebo wraz ze swoją Gwardią Honorową. Choć mężny sierżant niezłomnie stawiał czoło potworowi z Osnowy, walka ta nie mogła trwać długo, a jej wynik był z góry przesądzony. A honor nie pozwalał opuścić Brata w potrzebie.

- OGIEŃ I KREW!!

Ciągnąc po niebie ogniste smugi, spadli na Krwiopijcę niczym prawdziwe Anioły Śmierci. Z zimną i w pełni kontrolowaną furią zadawali ciosy, przed którymi nie mógł się uchylić nawet ten najpotężniejszy ze sług Boga Krwi. Szpony Błyskawic przecięły ścięgna lewej nogi, miecz łańcuchowy rozszarpał prawe ramię, a topór energetyczny rozdarł skrzydło. Demon zachwiał się, nie mogąc utrzymać równowagi, i zaryczał ogłuszająco, z mieszaniną wściekłości i niedowierzania. Padając, spróbował jeszcze uderzyć, ostatnim ciosem chcąc zabrać ze sobą choć jeszcze jednego wroga.

Na sekundę czas zwolnił, a świat wstrzymał oddech. Nie było nikogo, kogo potwór nie potrafiłby zmiażdżyć; jeden cios wystarczył, by odebrać życie każdego śmiertelnika. Pięść Demona nieskończenie długo opadała ku stojącemu z absolutnym spokojem Danaiasowi. Nagle czas przyspieszył, a Kapitan nie poruszył się o milimetr, gdy ramię bestii uderzyło i odbiło się od potężnego pola siłowego Żelaznej Aureoli...

...zwisając bezwładnie. Sanguinius z wysiłkiem uniósł martwe ciało i cisnął w tłum heretyków. Kultyści wyli, rozpaczali i wygrażali obrońcom Pałacu, gdy poraniony Primarcha znikał za zamykającą się Ostatnią Bramą.

- Lordzie Sanguinius...? - spytał z niepokojem Aradiel
- Idźcie, Anioły. - polecił cicho Primarcha. Oparł się o ścianę, trzymając się za ranę w boku, i wydawało się, że osunie się na podłogę. Zdołał jednak utrzymać się na nogach - Nic mi nie będzie... Na litość Imperatora, idźcie! - krzyknął, widząc ich niezdecydowanie - Czy muszę po dwakroć powtarzać rozkaz, żeby usłuchali mnie moi własni synowie?!

Dopiero to ich otrzeźwiło. Pobiegli...

...prosto na grupę czarno opancerzonych Zdrajców. Przywitał ich ogień bolterów, ale żaden z nich nie zwracał na to uwagi. Damarius zatoczył się, kiedy wiązka plazmy eksplodowała mu w boku. Zachwiał się, i biegł dalej. Nie czuł bólu.

Aradiel wpadł między przeciwników. Momentalnie stracił poczucie czasu, widział tylko swój spadający raz po raz miecz, rozszarpane ciała, rozerwane zbroje, urwane głowy i bryzgającą na wszystkie strony KREW. Nie zliczył, ilu wrogów padło pod jego ciosami, ale było ich mało, wciąż za mało; chciał więcej, chciał krwi, ich krwi... Ale w pobliżu nie było już żadnego. Skończyli się. Było pusto...

...na blankach Pałacu Imperatora panował spokój. Odparli szturm. Zdrajcy cofnęli się na chwilę. Wkrótce wrócą, ale przynajmniej przez moment obrońcy mogli odetchnąć. A w głębi Pałacu, Imperator, lord Sanguinius, dostojny Dorn i stu jego najlepszych Terminatorów przygotowywało się do teleportacji na okręt Horusa, po stokroć przeklętego Mistrza Wojny, Arcyzdrajcy. Aradiel nie wiedział, czy wrócą; nie miał pojęcia, czy ktokolwiek z nich doczeka następnego dnia. Ale Krwawe Anioły będą bronić Pałacu, póki choć jeden z nich zdoła utrzymać w dłoni miecz lub bolter. Nagle na dole, w tłumie heretyków, zapanowało poruszenie. Musieli szykować się do następnego ataku.

- SYNOWIE SANGUINIUSA! - zagrzmiało...

...w słuchawkach hełmu. Rozejrzał się dookoła. Brat Kapelan wzywał ich do siebie, jednocześnie wskazując jakieś miejsce na polu bitwy. Aradiel zmrużył oczy. Autozmysły zbroi dokonały zbliżenia obrazu, ukazując Kapitana Danaiasa, wraz z kilkoma innymi Marines otoczonego przez morze Zdrajców. Nagle, nie wiadomo skąd, spadł cios topora energetycznego, powalając Kapitana na ziemię. Oczy Aradiela rozszerzyły się ze zdumienia. To... Nie... Możliwe!

Z gardeł Aniołów Furii wyrwał się okrzyk niedowierzania i oburzenia. Gwardia Honorowa i weterani Pierwszej Kompanii zaatakowali z nową wściekłością; nie oglądając się na straty odepchnęli Zdradzieckich Marines i utworzyli krąg, broniąc dostępu do ciała swojego Kapitana. I przygotowali się na walkę do śmierci.

DO ŚMIERCI! Aradiel odpalił plecak rakietowy i wzbił się w powietrze. ALE NIE DO ICH ŚMIERCI!! OGIEŃ I KREEEEW!!!

Czuł potęgę. Przepływającą przez jego ciało moc, której nic nie mogło powstrzymać. Runął na wrogów, poddając się całkowicie nienawiści. Uderzał, miażdżył, gruchotał, rozrywał i niszczył. Był śmiercią i niósł śmierć. Widział tylko krew i swoich Braci, zabijających przeklętych Zdrajców. Odepchną Niewiernych i ocalą swoich towarzyszy, a cierpienia sług Chaosu uradują Imperatora. Uderzenie znad głowy rzuciło Zdradzieckiego Marine na kolana, cios z obrotu odrzucił następnego niczym szmacianą lalkę. Był bogiem wojny, nieśmiertelnym, niepokonanym i wszechmocnym; nic nie mogło stanąć mu na drodze...

...do Horusa. Wreszcie znalazł się z nim sam na sam. Oddychał ciężko, był zmęczony. Rany bolały, nie pozwalając się skupić, a wokół był ten przygniatający, gęsty mrok; ciemność fizyczna i psychiczna... Nie słyszał głosu swego Ojca. Nie wierzył, że Imperator mógłby zostać pokonany, ale jasne było, że nie mógł mu teraz pomóc. Był sam, i sam musiał to zakończyć.

Horus stał u szczytu schodów prowadzących do tronu, który podarowali mu Mroczni Bogowie. Słabe lampy wokół siedziska, jedyne źródło światła w ogromnej komnacie, jedynie podkreślały cienie otaczające jego potężną sylwetkę. Zmierzył Sanguiniusa pełnym wyższości spojrzeniem pałających czerwienią oczu. Powoli zaczął schodzić niżej, a każdy krok, odbijający się metalicznym echem od pogrążonych w ciemności ścian, jak gdyby odmierzał kolejną umykającą chwilę, ciągnące się jak wieczność sekundy, pozostałe do miejsca w czasie, z którego nie będzie już odwrotu.

W końcu stanęli naprzeciw siebie. Horus zmrużył oczy, krzywiąc twarz w wyrazie niechęci i pogardy.

- Po co tu przyszedłeś, primarcho? Szukasz śmierci? Jest jej wiele tam, na dole.

Sanguinius odwzajemnił spojrzenie, spoglądając głęboko w oczy Mistrza Wojny. Ale nie znalazł tam już nic ze swego dawnego brata.

- Jestem tu, żeby cię powstrzymać, zdrajco. - powiedział cicho - Ale nie zrozumiesz, dlaczego. Nie pamiętasz już ani krztyny tego, kim byliśmy i o co walczyliśmy. Dla ciebie jest tylko kara.
- Kara? Nie zdołasz mnie pokonać, jeśli staniesz ze mną do walki. - odparł z ponurym spokojem Horus - Zginiesz, a twój imperator zaraz po tobie. Czy warto oddawać życie za kogoś tak słabego i pozbawionego przyszłości? On nie jest wart twojego oddania, Sanguiniusie. A ty masz jeszcze szansę. Przyłącz się do mnie. Wspólnie oddamy pokłon Potęgom Osnowy, a potem zbudujemy takie Imperium, jakie od początku być powinno. Chwały wystarczy dla każdego.
- Nigdy. - syknął Sanguinius
- A więc z uporem tkwisz przy tym ślepym głupcu. Niech zatem będzie, co stać się musi. - potężny Mistrz Wojny ruszył, z każdym krokiem nabierając rozpędu - A teraz...

...giń!! - gdyby nie całkowicie odruchowy unik, rękawica energetyczna zdjęłaby Aradielowi głowę razem z płucami. Zawirował, ciął mieczem, wpakował serię w plecak jakiegoś Zdrajcy, ciął znowu, uderzył znad głowy, a ostrze odskoczyło na bok, odbite bronią Marine Chaosu. Siła rozpędu wyniosła go za przeciwnika. Odwrócił się natychmiast i z furią skoczył na wroga. Chciał zabijać, i nie zobaczył niebezpieczeństwa. Krwawoczerwone wizjery hełmu Zdrajcy niemal rozjarzyły się morderczą satysfakcją, kiedy dostrzegł szansę i zamierzył się do ostatniego, niszczycielskiego ciosu...

...buławą, który posłał go na podłogę, gruchocząc żebra i odbierając oddech. Jakaś siła uniosła go z ziemi, a gdy zwisł bezwładnie, z ręką Horusa zaciśniętą jak imadło na jego szyi, uświadomił sobie przelotnie, że Mistrz Wojny wcale, ale to wcale nie potrzebował stawać z nim do walki, jeśli chciał pozbawić go życia...

- No i oto jesteśmy w punkcie historii, w którym następuje nieuniknione. - wysyczał z pasją Primarcha Wilków Luny prosto w jego twarz - Czyż cię nie ostrzegałem, umiłowany bracie? Walczyć ze mną to głupota, i pozostawać wiernym naszemu ojcu, to też głupota. I za to teraz, umiłowany bracie, cię zabiję. Chociaż... - urwał na moment - Może dojrzałeś jednak do właściwej decyzji? Wiesz już, co czeka tych, którzy mi się przeciwstawiają. Może jednak okażesz rozsądek? Wciąż możesz ocalić życie, swoje i swoich synów. Wciąż możesz dołączyć do zwycięzców i dzielić z nimi chwałę. Powiedz, bracie: zrobisz to?
- Nigdy... Przeklinam cię, Horusie!
- Przeklinasz... - powtórzył Mistrz Wojny, jakby smakował to słowo - A więc, Sanguiniusie, jesteś gotów oddać życie za głupotę? To dobrze. Bo ja...

...rękawica energetyczna leciała na jego spotkanie jak na filmie w zwolnionym tempie. On sam poruszał się jak w melasie. Ale ignorował zagrożenie; chciał dopaść wroga i chciał rozszarpać go na strzępy...

- ...jestem gotów je...

KRWI...!

- ... PRZYJĄĆ!!

Dłoń zmiażdżyła tchawicę Primarchy, a rękawica przebiła Aradiela na wylot.

Ból eksplodował niczym supernowa. Wróciła świadomość. Dusza zerwała się z uwięzi.

* * *

Odrzucone siłą ciosu ciało grzmotnęło bezwładnie o ziemię. Pod głową czuł chłód stalowego pokładu. Napotkał wzrok Sanguiniusa. Oczy Primarchy zamykały się powoli, tak jak jego własne. Był w nich smutek i gorycz porażki. Zawiódł swojego Imperatora; nie pokonał Zdrajcy... Zawiódł... Zawiódł...


Komentarze

Inkq
06-11-2007 - 21:39

Moim zdanie bardzo fajnie Bracie Ardisie. Nic tylko pochwalić.

brother_bethor
06-11-2007 - 21:39

Podoba mi się Twoje opowiadanie, Bracie Ardisie. Dobrze oddaje "czterdziestkowy" klimat, a zwłaszcza charakter Krwawych Aniołów. Tak trzymać!

ES
07-11-2007 - 11:07
Bardzo dobrze mi się czytało. Całe opowiadanie sprawia wrażenie zapisu momentu, chwili - dynamicznie uchwyconej, dramatycznej, pozornie bez fabuły. Tylko pozornie jednak - niezwykle podoba mi się pomysł z przenikaniem się rzeczywistości i wizji. Super.

Od strony technicznej - parę drobiazgów do wyczyszczenia, bez wpływu na przyjemność z lektury.